Blog poświęcony relacjom z wydarzeń mniej lub bardziej kulturalnych. Ot, taki koncertowo-teatralno-muzealno pamiętnik amatora, który lubi w takich miejscach bywać.
czwartek, 28 grudnia 2006
Przelotem po Muzeum Śląskim w Katowicach
Katowice, dn. 28 grudnia 2006

To co zwiedzałem w Katowicach było dość przypadkowym wyborem. Do wyjścia do Muzeum Śląskiego zachęcił mnie wiszący w tramwaju plakat wystawy poświęconej galicyjskim żydom (zbiorów pochodzących z Muzeum Etnograficznego i Rzemiosła Artystycznego z Lwowa). Na miejscu trafiłem jednak najpierw na wystawę sztuki współczesnej, potem na Rembrandta, a w końcu dopiero na kulturę żydowską.

Wizyta w muzeum: 1 - znajome nazwiska

Wystawa "Dąbrówki 9 - wokół malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach" przedstawia dzieła "kilkudziesięciu wykładowców i absolwentów Wydziału Malarstwa katowickiej uczelni". Jest w tym pewien skrót myślowy - ASP w Katowicach długo był filią krakowskiej ASP i dopiero niedawno uzyskało niezależność, podczas gdy część prac pamięta jeszcze lata 60-te (choć przeważają dzieła z ostatnich 15 lat).

Zbiór obrazów (plus jedna rzeźba) kilkunastu artystów, których łączy tylko uczelnia, nie może być zbiorem spójnym. I ja też skupiłem się jedynie na wyłapywaniu znajomych nazwisk i co ciekawszych prac.

A znajomych nazwisk jest parę: Jan Dubiel (byłem w tym roku na wystawie w Muzeum Śląskim), Jerzy Duda-Gracz (nie muszę tłumaczyć), Elżbieta i Aleksander Kozera (obu oglądałem w tym roku w Galerii MM), oraz Piotr Naliwajko (SChAP, Galeria MM). Spośród dzieł tych artystów największe wrażenie robił oczywiście Jerzy Duda-Gracz, zawsze ciekawi Piotr Naliwajko, godnie prezentowała się też Elżbieta Kozera; zaś Jan Dubiel lepiej wypadał w retrospektywie, niż między hałaśliwym Ireneuszem Walczakiem i Kazimierzem Cieślikiem.

I tak się składa, że akurat to dwie prace, które chciałbym wyróżnić wzmianką. Ireneusz Walczak zaprezentował "Budowanie tożsamości" - na planszy przylepione były kwadratowe "obrazki", prezentujące różne poruszające (medialnie) tematy (wojnę, zamknięcie "za kratkami", itp.). Część kwadratów była jakby w odwodzie pod planszą, reszta próbowała złożyć się w jakąś spójną całość - tak jakby z wrażeń i przeżyć budowano, niczym z klocków, tożsamość.

Kazimierz Cieślik zrobił na mnie może jeszcze większe wrażenie. Jego "Przemiana" (z 2004) zawiera jakby dwa plany, oba zdominowane przez czerwień. W tle mamy kilkoro nagich ludzi obu płci, w sytuacji, w której próbowałem się dopatrzyć więcej sensu - ale to wymagałoby może innego oświetlenia (najzupełniej dosłownie - obraz wisi wysoko i czy erotyzm sceny stanowi wytwór mojej wyobraźni, czy cel autora, tego nie jestem pewien). Obraz jest ciemno czerwony, wszystko jest jakby skryte w półcieniu. A na to nakłada się jasny, czerwony, abstrakcyjny wzór. Efekt wytwarza współgranie obu planów, oraz zestawienie czerwieni.

Kolejny obraz, który zrobił na mnie wrażenie to "Noc siły" Grzegorza Stachańczyka [*] - obraz nawiązuje formą do ołtarzowych tryptyków, z tym że z religią to raczej nie ma nic wspólnego. Ot, kilka nagich postaci, najczęściej poddanych torturom (łamanie kołem...). Przy czym nagie postacie sprawiały wrażenie jakiś nawiązań do malarstwa XIX wieku, czy początków XX (z Muchą włącznie...). Całość była trochę dziwaczna, ale paradoksalnie, bardzo estetyczna i świeża.

Leszek Lewandowski przedstawił dzieło "bez tytułu", którego ja bym obrazem nie nazwał. Ale trudno - było i zaintrygowało mnie. Składało się ono ze szkiełek - niebieskiego i czerwonego, za którymi kręcił się dysk, z napisami "Red" (czerwonym) i "Blue" (niebieskim). Napisy te jednak znikały, gdy zachodziły pod szkiełko o innym kolorze. Niby proste, ale musiałem odczekać, by sprawdzić jak to działa.

Nie chcę tworzyć wrażenia, że to wszystkie dzieła warte wzmianki. Było tam jeszcze "Też sam wiesz" Kaliny Zielinkowskiej (zgeometryzowana abstrakcja z dominującym brązem i drobnymi kropkami - bardzo przyjemna) i parę innych ciekawych obrazów. Niestety, nie wszystko potrafię dobrze spamiętać, poprawnie wynotować i jednocześnie opisać.

Wizyta w muzeum: 2 - Rembrandt

Rembrandt to oczywiście też znajome nazwisko, ale już nie absolwent, czy pracownik "katowickiej ASP". Chyba, że wirtualnie, jako wiecznie aktualny wzorzec i punkt odniesienia dla kolejnych pokoleń.

Nie wiedziałem, czy się chcę wybierać na wystawę Rembrandt - mistrz sztuki graficznej - wiele jego grafik widziałem już w tym roku w Krakowie i nie wiedziałem, czy ta wystawa może wnieść coś nowego.

Wystawa coś nowego dla mnie jednak wniosła, choć nie przez swój układ, czy zakres prezentowanych grafik. Być może było ich więcej, niż widziałem w Krakowie, ale krakowska wystawa konfrontowała Rembrandta z jego współczesnymi, obejmowała także prezentację projekcji o Rembrandcie-grafiku - to wszystko dawało więcej potencjalnych odniesień, niż wystawa katowicka.

Obie wystawy były też chętnie odwiedzane (krakowska bardziej - cóż, Kraków to szeroko znane centrum kulturalne, podczas gdy wystawy katowickie to sprawa dla nieco bardziej wtajemniczonych). Może muzealnicy się z tego cieszą, ale ja osobiście nie lubię wysłuchiwać dyskusji obcych mi ludzi (bo ze znajomymi to bym sam porozmawiał), którzy blokują dostęp do niektórych dzieł.

Nie znaczy to, by niektóre zdania nie były interesujące. Na przykład w jednej z sal natknąłem się na parę - wysoki pan w okularach i pani, blondynka o krótkich, kręconych włosach, w żółtym (lekko wpadającym w pomarańcz) sweterku. Pan był dość wygadany i stosunek do Rembrandta miał fachowo-krytyczny, podczas gdy pani mówiła niewiele. Pan zarzucał Rembrandtowi powtarzalność schematów (z wyjątkiem nielicznych grafik), połączenie czasem genialnej kreski z kreską zupełnie sztampową. Zwracał przy tym uwagę na oświetlenie. Otóż wiele grafik Rembrandta jest bardzo ciemnych (na to także zwróciła uwagę głośna, męsko-męska para, fachowo dyskutująca o technice graficznej Rembrandta - rzeczywiście, rzuca się to w oczy) - pan uważał, że jest w tym coś złego, co tylko czasem udawało się Rembrandtowi obejść.

Otóż muszę powiedzieć, że po obejrzeniu wystawy niezupełnie się zgadzam. Naga "Leżąca Murzynka", którą widziałem też w Krakowie, stanowi świetny przykład tego, że "ciemność" pozwalała Rembrandtowi delikatniej modelować światło rzeźbiące ciało. Podobna (choć akurat bez delikatnego modelunku ciała) wydaje mi się także przyczyna "ciemności" innych jego grafik, choć nie zawsze tak udanych.

Inna uwaga "wysokiego pana w okularach" dotyczyła powtarzalności sposobu portretowania postaci. I tu jest dużo racji, ale czy rzeczywiście Rembrandtowi i jego modelom zależało na czymś innym? (W rzeczywistości znaczna część grafik to praktycznie szkice, próbujące wyłapać coś charakterystycznego, często w ubiorze - nie są to dopracowane i przygotowane do wystawienia grafiki, by zachwycać koneserów, choć i one cechują się często mistrzowską kreską.) W portrecie Jana Sixa - przyjaciela i sponsora, postać, o długi jasnych włosach, opierająca się o okienną ramę, oddana została z dużą swobodą, czyniącą wielki kontrast do dość sformalizowanych (nawet jeśli z ciekawymi pomysłami) portretów przeróżnych kupców, pastorów, czy prawników.

Osobną kwestię stanowią autoportrety Rembrandta, a zwłaszcza cykl autoportretów charakterystycznych, na których sam malarz robił przeróżne miny, z roku 1630. Cykl, a zwłaszcza zdumiony, młody Rembrandt jest znakomity! (A jakie te grafiki są malutkie!) Zadziwił mnie też autoportret z 1648 w bardzo współczesnym kapeluszu. Rembrandt wygląda na nim jak ktoś z XX wieku.

Bardzo podobały mi się pejzaże Rembrandta. Tyle, że każdy pejzaż to zaproszenie do chwili kontemplacji. A na kontemplacje jakoś nastroju nie miałem. Miałbym go zapewne więcej, gdyby takich grafik było... mniej. Bo były na wystawie takie grafiki, że tylko odbić jeszcze raz i wziąć sobie do domu, by pokontemplować z godzinę...

I jeszcze jeden, ostatni temat, z obszernego działu jaki stanowią grafiki Rembrandta - erotyzm. Rembrandta pociągał erotyczny urok nagiego, kobiecego ciała. Szukał więc pretekstów (np. "Józef i żona Putyfara" zaprezentowana wśród grafik biblijnych; albo w mitologii - najczęściej chyba "Jupiter i Antipa"), albo po prostu tworzył takie grafiki bez pretekstu. Tyle, że nie miał za dobrych modelek, ani chyba nie przerabiał nauki w jakieś akademii z żywymi modelami. W jego aktach (nie licząc mistrzowskiej "Leżącej Murzynki", czy pewnego znakomitego aktu siedzącego, wychudzonego mężczyzny - ale to już nie tematyka erotyczna) wyczuwa się pewną zgrzebność i jakby wciąż portretowane to samo ciało (czyżby Saskii?).

Wizyta w muzeum: 3 - galicyjscy żydzi.

Wystawa poświęcona galicyjskim żydom, czy raczej powiązanym z nimi dziełom rzemiosła artystycznego mieści się w dwóch salach na parterze (plus niewielka sala na półpiętrze). Jest więc to wystawa objętościowo skromna, choć z drugiej strony w tych niewielkich pomieszczeniach umieszczono sporo drobnych przedmiotów - koron do Tory, pasów, świeczników, wskaźników 'jod' (do czytania Tory), mezuz, jarmułek, kufelików, świeczników na święto chanukki, itp.

Tych przedmiotów było trochę za dużo jak na trzecią zwiedzaną wystawę, a i informacje o tradycjach żydowskich w głowie zdołały mi się skutecznie przemieszać, utrudniając zrozumienie co, po co i dlaczego.

Oczywiście, były na wystawie bezwzględnie rzeczy dziwne. Na przykład jajko w butelce (z napisami po hebrajsku - zapewne cytatami Pisma), czy "przedmioty ozdobne" - nie posiadające praktycznego zastosowania, ale eksponujące wybrane cytaty z Pisma, ku przypomnieniu i napomnieniu wiernych. Albo placki obrzędowe z 1934 roku (sic! dla mnie dobry przykład skutecznego przechowywania, choć oczywiście szczęśliwie zwiedzający nie musieli kosztować); czy też wyszywany kapot z 1908 roku, na którym zauważyłem orzełki, takie jakby polskie.

Cała wystawa miała dla mnie jednak pewien aspekt uboczny. Otóż w wyobrażeniu kultura żydów polskich, sprowadza się do obrazu żydowskiego karczmarza w ciemnym stroju. Obraz ten pomija zupełnie twórczość artystyczną - i nie chodzi mi o żydów-malarzy, czy muzyków, ale o rzemiosło artystyczne. Świat obrzędowy, świat synagogi na tej wystawie ukazuje artystyczny smak i pragnienie piękna. Świat ten wydaje się zupełnie obcy znanej mi literaturze, czy filmowi. Na usprawiedliwienie literatury czy filmu mam tylko to, że także świat obrzędowości katolickiej, choć w Polsce dominującej został w nim również zmarginalizowany. A każda wystawa ukazująca inny świat, czy choć inny jego aspekt, jest twórcza i wzbogaca widza.

---
[*] - Ja bardzo przepraszam, ale albumu nie kupiłem, raz - dla oszczędności, dwa - sklepik muzealny był nieczynny, a w kasie kupować nie lubię - małe okienko, niewygodnie przegląda się albumy, ciągle pojawiają się też jacyś interesanci. W każdym razie nazwiska odczytuję z własnych notatek, które są dalekie od kaligrafii, że tak się eufemistycznie wyrażę... Służą one głównie wywołaniu wspomnień, które pozwalają opisywać obrazy, jednak, gdy brakuje mi innych źródeł pisowni nazwisk, to pozostaje mi zgadywać. Tu widzę, że imię brzmi Grzegorz (z imionami prościej, zawijas można sobie dopasować do zbioru znanych), natomiast nazwisko zaczyna się na 'Stach...' po czym chyba następuje 'a', następnie zawijas idzie w górę, jakby z kreską, czy kropką, po czym w dół i kończy się czymś 'k-podobnym'. Pozostaje mi przeprosić i uprzedzić, że nazwiska podaję w związku z tym (poza mi znanymi) w przybliżeniu.
czwartek, 21 grudnia 2006
Młodzi w Galerii MM
Chorzów, dn. 21 grudnia 2006

Do Galerii MM wybierałem się trochę niepewnie. Na przełomie roku ma się ona przenosić do nowej (pobliskiej) lokalizacji, z czym wiąże się czasowe zamknięcie Galerii (planowo na jeden miesiąc), przy czym ja dokładnie nie wiedziałem, czy dotyczy to stycznia, czy grudnia.

A tu w Galerii młodzież. Może i względna młodzież, skoro już skończyła (panowie), lub kończy (planowo w przyszłym roku - to panie) studia na katowickiej ASP.

Czwórka młodych to:

Katarzyna Budka, katowiczanka (rocznik 1983). Muszę powiedzieć, że jej połączenie przeróżnych obiektów, z dominacją koloru zielonego, nie przekonywało mnie. Może dlatego, że nie widziałem jej animacji...

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Największy (powierzchniowo) z obrazów Katarzyny Budki -- dość reprezentatywny dla jej zaprezentowanej twórczości.

Kolejny na liście jest Bartłomiej Dudek (sosnowiczanin, rocznik 1981), autor wielkoformatowych (właściwie cała czwórka lubuje się w dużych formatach, może Katarzyna Budka tu jest najskromniejsza - tylko jeden duży obraz i sześć mniejszych), bardzo barwnych i efektownych (po prostu ładnych, ale też za każdym razem z ciekawie przemyślaną, dość ograniczoną kolorystyką) obrazów, przedstawiających człowieka w kontakcie z przyrodą. Człowiek jest zawsze niewielką częścią obrazu, ale i nie człowiek, a nawet jego umiejscowienie, ale wydobycie kolorystyki, zwłaszcza gdy trzeba ukazać słońce przeświecające przez gałęzie (dwie prace) najbardziej mi się podobało.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Jeden z obrazów Bartłomieja Dudka -- bardzo podobał mi się sposób namalowania światła przenikającego przez gałęzie w lesie -- przypominał on poszukiwania malarskie z XIX wieku (blisko do Gierymskiego), ale jednocześnie autor ograniczył zakres stosowanych kolorów, co dało ciekawy efekt. Obraz jest duży -- ma 4 metry szerokości!

Kolejny autor to chorzowianin - Piotr Herla - syn Jana Herli - zapytałem, sprawdziłem, choć ojciec mówi, że syn ma zupełnie inne zainteresowania artystyczne - co prawda to prawda, nie ma wśród prac Piotra Herli ascetycznych, regionalnych akwarel, za to pełnokrwiste, olejne (bardzo "mięsne" - czuje się obecność zwierzęcego ciała) zwierzęta. Przy czym tytuły obrazów cyklu to "Człowiek - Zwierze", po czym następuje jakieś dookreślenie (np. "Świnia", albo "Mazut") i rzeczywiście, dla każdego obrazu dodatkowy sens tworzy to połączenie - zwierzęcia z człowiekiem. Człowiek jako pan zwierzęcia. Człowiek jako niszczyciel zwierzęcia. Ale też człowiek jako zwierzę, będące dosadnym upostaciowieniem jego cech.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
"Mazut" Piotra Herli. Bardziej od samego przesłania (poruszającego przecież) uderzył mnie sposób malowania refleksów -- przy pomocy jadowitych, żółtych cętek.

I ostatnia z czwórki przyjaciół (tak nazywa autorów Zbigniew Blukacz, kierujący pracownią w której studiowali prezentowani młodzi artyści) - Katarzyna Honij. Jej prace zostawiały we mnie mieszane uczucia. Z cyklu sycylijskiego świetne "Palermo", czy "Fiat 600", z feerią barw, ale jednocześnie z wygaszeniem, nawiązaniem do starej fotografii, gdy trzeba. Ta metoda chyba nie zawsze skutkowała - inny z sycylijskich obrazów (akryl i olej na płótnie), mimo czystości południowych barw, wydawał się jakoś chaotyczny...

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Trzy obrazy (każdy o wymiarach 200x130 cm) Katarzyny Honij -- z lewej dwa z "sycylijskich" (z lewej "Fiat 600", po środku "Palermo").

Choć opinie o obrazach mam niejednoznaczne - coś mi się bardziej podoba, coś mniej; choć wszyscy autorzy zdają się ukazywać młodzieńczy entuzjazm, który wydaje się trochę naiwny i z czasem powinien dać więcej miejsca głębi wyrazu; to samą wystawę przyjmuję bardzo pozytywnie. W młodości, zdolnościach, entuzjazmie i ludzkim pięknie wielu spośród tych obrazów, jest coś optymistycznego. Coś, co każe wierzyć, że jeszcze nie raz będę mógł oglądać piękne obrazy tych, i nie tylko tych, artystów.

poniedziałek, 18 grudnia 2006
Święta!

Wszystkim odwiedzającym życzę, pogodnych, radosnych Świąt spędzonych w ciepłej atmosferze (mimo grudnia)! I wszelkiej pomyślności, sukcesów, oraz zdrowia w nadchodzącym 2007 Roku!

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Kolędy z XV i XVI wieku -- Ars Cantus w Katowicach
Katowice, dn. 17 grudnia 2006

W tym sezonie Filharmonia Śląska zainaugurowała cykl "Podwieczorków muzycznych" - w niedziele, o godzinie 17. Pierwszy koncert z tego cyklu ominąłem, ale drugiego sobie ominąć nie pozwoliłem - a to ze względu na program, czyli "Muzykę na Boże Narodzenie ze źródeł polskich i śląskich wieków XV i XVI"[1].

Ze względu na program, bo muzykę taką jak najbardziej obejmują moje zainteresowania (może nie koncentrują się na nich, ale jednak), tymczasem jest ona rzadko na Śląsku wykonywana. Okazja by wybrać się na koncert, jest więc tym bardziej cenna.

Ars Cantus to zespół z Wrocławia, stąd też koncentracja na śląskich zabytkach muzycznych - w niedzielnym programie były to Glogauer Liderbuch (jednak raczej z Żagania niż z Głogowa, z ok. 1485 roku); zbiór tańców ("Eitlicher gutter Teutscher und Polnischen Tentz...") z Wrocławia (1555), Kodeks Wrocławski (koniec XV wieku), oraz rękopis IQ132 z Zielonej Góry (XV w.); do tego dochodziły źródła polskie: Kancjonały Staniąteckich (1700, 1707, 1586), Kancjonał Nieświeski (1569), Kancjonał Piotra Artomiusza (Toruń, 1587), oraz Pieśń o Narodzeniu Pańskim Wacława z Szamotuł. Z listy źródeł wynika, że muzyki polskiej było więcej, ale jest to zestawienie mylące - zwykle ze źródeł polskich pochodziły pojedyncze utwory, podczas gdy tańców wrocławskich było cztery; i tyle samo pieśni z Glogauer Liederbuch.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Zespół Ars Cantus: stoją od lewej: Tomasz Dobrzyński, Paweł Iwaszkiewicz (trochę schowany), Monika Wieczorkowska, Maciej Gocman i Piotr Karpeta; siedzą: Michał Micker, Ewa Prawucka, Milena Dobroć i Kazimierz Pyzik.

Zresztą oba te źródła były wyjątkowo efektowne - pieśni z Glogauer Liederbuch były wielogłosowe (sopran, tenor, bas), czasami bardzo pomysłowe - jak "Else mondo" z naśladowaniem dziecięcego gaworzenia ("Else, else, else, / na świat przyszło / Prawdziwe istnienie, / oddając chętnie samo siebie / Czyż nie, czyż nie, czyż nie? / Przybrało kształt sługi / Prawdziwe istnienie... / Barbar, barbar, barbar, / przez Maryję Pannę / Prawdziwe istnienie...") - zresztą była to pieśń także zabawna i wesoła, gdy rozpatrywać muzykę. A tańce były bardzo efektownie instrumentowane - zespół w składzie dwóch szałamaj, skrzypiec, regału[2], lutni i wioli da gamba - brzmiał bardzo efektownie - najciekawsze oczywiście były szalejące szałamaje. Takie energiczne utwory najlepiej zresztą pasowały do atmosfery "podwieczorku".

Wśród utworów polskich więcej było dzieł jednogłosowych (np. "Aniołowie zaśpiewali" z Kancjonału Piotra Artomiusza), na tym tle wyróżniał się bardzo efektowna "Pan Bóg wszechmogący, królujący z wieka" (z Kancjonału Nieświeskiego, 1569) - gdzie połączono efektowną instrumentację, przypominającą wrocławskie tańce, ze śpiewem.

Zespół Ars Cantus wystąpił w składzie: Monika Wieczorkowska - sopran (jak oglądam starsze zdjęcia to dostrzegam pewną stylizację na Montserrat Figueras, ale tym razem bez pretensji i stylizacji); Maciej Gocman - tenor; Piotr Karpeta - bas; Tomasz Dobrzański - flet prosty, szałamaja, mandora i kierowanie zespołem; Paweł Iwaszkiewicz - flot prosty, traverso, szałamaja; Michał Micker - skrzypce; Milena Dobroć - lutnia (ależ Jacenty Jędrusik miał dużo słów dla podkreślenia jej urody! - nie bez powodu, choć niestety fotograf Filharmonii nie wykonał ani jednego frontalnego zdjęcia tej ślicznej twarzy, jakby aniołka w chmurze blond włosów z lutnią[3]...); Kazimierz Pyzik - wiola da gamba; Ewa Prawucka - pozytyw i regał.

Wspomniałem o byłym image Moniki Wieczorkowskiej przyuważonym na zdjęciach. Może warto tu podkreślić, że jeśli chodzi o profil i pewien styl zespołu da się zauważyć podobieństwa do Hesperionu XXI Savalla. Ale i jest to wcale dobry wzór do naśladowania; i Savall, jak dotąd, nie sięga po dawną muzykę śląską.

"Podwieczorki muzyczne" prowadzi Jacenty Jędrusik, z dużym, może nawet nieco za dużym zacięciem kabaretowego konferansjera (ach ten "Kabaret" Kandera, Masterhoffa i Ebba), czy "wodzireja". Zdołał przepytać publiczność pod kątem choinki (sztuczna, czy prawdziwa), przygotowań, prezentów, zrobić głosowanie na temat "barszczyk, czy zupa grzybowa" (był mniej więcej remis), zachwalić Zespół (ze szczególnym uwzględnieniem tego jak grają i urody pani Mileny Dobroć), nauczyć dzieci jak wygląda szałamaja i podzielić się opłatkiem z połową publiczności (niestety, ja znowu byłem w tej drugiej połowie - chyba IX-ty rząd to za daleko). Zdołał nawet opowiedzieć o swoich doświadczeniach z zasiadania w jury konkursu kolęd (nie wie, czego się spodziewać w tym roku, a ja podpowiadam - naśladownictw Rubika).

Żeby dopełnić atmosfery podwieczorku, słuchaczom zaserwowano herbatę z bardzo smacznym herbatnikiem. Herbatę wystawiła firma Oxalis.

--------
1. Jeśli chodzi o tytuł, to "program" podawał "Dies est laetitiae", a strony internetowe Filharmonii Śląskiej: "Fulgent nunc natalitia".
2. W tańcach raczej wykorzystywany był regał niż pozytyw, odwrotnie w pieśniach. Podobnie mandora wystąpiła tylko w którejś pieśni.
3. Mam skojarzenie z jakimś XV wiecznym obrazem, gdzie anioł gra na lutni. Ale Jacentemu Jędrusikowi kojarzyła się z obrazami ślicznych panien z lutniami z XVI wieku... Może nie wypada się tak angażować, ale było to przeżycie estetyczne dużej klasy.

PS.
A w Katowicach pogoda była nieskończenie mniej efektowna od muzyki... Oto ilustracja:
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

sobota, 16 grudnia 2006
Przedbożonarodzeniowy koncert w Filharmonii Śląskiej (Debussy, Otaki, R. Strauss)
Katowice, dn. 15 grudnia 2006

Piątkowy koncert był ostatnim przed Bożym Narodzeniem koncertem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Śląskiej. Nie odbiło się to jednak na pierwszej części koncertu, która zawierała dwa utwory - Preludium do "Popołudnia fauna" Claude'a Achille'a Debussy, oraz Koncert na flet i orkiestrę Hitsady Otaki.

Preludium do "Popołudnia fauna" wszyscy znają - utwór impresjonistyczny, oddający nastrój poematu Stéphana Mallarmégo. Bogusław Tabaka zwraca uwagę (w programie) na wątpliwości, czy to bardziej impresjonizm, czy symbolizm (ja stawiam na impresjonizm, właśnie ze względu na ten nastrój, który sam Debussy podkreślał), na zwalczanie przez Debussy'ego powtórzeń w muzyce romantycznej (ale i w "Popołudniu fauna" są powtórzenia, choć może nie tak nachalne). Od siebie tylko dodam, że utwór bardzo przyjemny i bynajmniej nie zimowy. A może o to chodziło Mirosławowi Jackowi Błaszczykowi układającemu program? O rozgrzanie zziębniętej publiczności?

Po "Popołudniu fauna" nastąpił Koncert na flet i orkiestrę op. 30b japońskiego kompozytora Hitsady Otaki (1911-1951). Otaki nie ukończyło swego Koncertu w tej postaci - napisał on Concertino (flet z akompaniamentem trzech rogów, harfy i smyczków), którego przekształcenia do postaci Koncertu na flet i orkiestrę (według szkiców Otaki) dokończył Hikaru Hayashi. Zasadniczy zarys utworu jest tradycyjny, zresztą i pierwsza część (Allegro con spirito) była dość tradycyjna, z "amerykańską" partią orkiestrową (konkretnie mam na myśli podobieństwa do muzyki Samuela Barbera) i tylko ciekawą, popisową z orientalnymi jakby elementami, partią fletu.

Najciekawsza była część druga (Lento). Zaczynał flet z towarzyszeniem harfy, ale wkrótce pojawiały się też smyczki, przy czym przez chwilę smyczki uderzają w struny (niejako perkusyjny efekt) - daje to specyficzne brzmienie. Podobnie zresztą w fortepianie - w struny mają uderzać pałeczki. Z tego co widziałem, to Antoni Brożek (pianista Filharmonii Śląskiej) coś manipulował przy swoim instrumencie, po czym jednak "normalnie grał" - uderzając w klawisze, bez żadnych pałeczek. Dźwięk był jednak inny (bardzo ciekawy). Sama część nie była tak zupełnie Lento - rozpoczynała się i kończyła wolno (z efektowną partią harfy), ale po środku była bardziej energiczna niż początkowe Allegro con spirito.

Wszystko kończyło efektowne Molto vivace.

Na flecie grała Jadwiga Kotnowska. Zagrała też (po obfitych brawach wyraźnie do bisu wzywających) bis, chyba Debussy'ego, ale pewny nie jestem.

Po przerwie orkiestra zagrała Sinfonię domestica Richarda Straussa (Symfonię domową). Obawiałem się tego utworu - poprzednie wysłuchanie Symfonii domowej Richarda Straussa na koncercie przyprawiło mnie o awersję do jego twórczości na dobrych parę lat.

Tym razem jednak nie było źle. Symfonii słuchałem wręcz z przyjemnością, choć nadal się gubiłem w zapisanych w niej domowych sensach, z tematem męża, żony i dziecka. Może to, że skupiałem się na motywach, urokach instrumentacji i innych szczegółach, nie próbując odnaleźć sensu całego dzieła pomógł mi? Na pewno jednak nie będę się obawiał kolejnych utworów Richarda Straussa w programach koncertów.

Mirosław Jacek Błaszczyk wybrał tę Symfonię dla podkreślenia rodzinnego charakteru zbliżających się Świąt. Na zakończenie był bis (finał Symfonii), dzielenie się z publicznością opłatkiem przez Mirosława Jacka Błaszczyka (dla mnie zabrakło...), przy dźwiękach "Lulajże Jezuniu" granego przez Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Śląskiej.

piątek, 15 grudnia 2006
"Cosi fan tutte" (po polsku) w Bytomiu
Bytom, dn. 14 grudnia 2006

W ramach "Tygodnia Mozartowskiego" wybrałem się na "Cosí fan tutte" Mozarta. Nie odstraszyły mnie wieści, że śpiewają po polsku; ani że to Opera Śląska, w której najlepiej wychodzi oprawa plastyczna. Nie odstraszyły, bo "Cosí fan tutte" to pierwsza opera, która mnie zafascynowała, pierwsza w której dotarła do mnie treść. Często się wydaje, że treść w operze jest nieważna, że libretta są po prostu głupie i bezsensowne. Tymczasem (zwykle) trzeba przystać na pewne braki logii i konsekwencji, bo opera rozgrywa się (zwykle) gdzie indziej - na styku dramatu z muzyką, najczęściej w zakresie ludzkich emocji. Te powinny być już prawdziwe i szczere.

Ale w "Cosí fan tutte" nie od razu dotarły do mnie wszystkie emocje. "Cosí" po prostu mnie rozbawiło, jak to opera komiczna. Wszystko zaczęło się od tej sceny, gdy Don Alfonso po raz pierwszy rozmawia z Despiną o zadaniu dla niej (Don Alfonso widząc Despinę: Och! Despina: Eee! Don Alfonso: Moja droga Despino, potrzebuję cię. Despina: A ja cię wcale nie potrzebuję. Don Alfonso: Chcę dla ciebie czegoś dobrego. Despina: Młodej dziewczynie jak ja, stary mężczyzna jak ty, nie może zrobić niczego. - ale to trzeba słyszeć dobrze zagrane.)

I do dzisiaj "Cosí" zostało jedną z moich ulubionych oper. Może nawet ulubioną, choć ostatnio następuje u mnie pewien przesyt wywołujący chęć poszukania innej opery-ulubienicy. Niemniej "przesyt" oznaczał opery oglądane na DVD, albo słuchane z płyt, nie zaś oglądane na żywo. I właśnie "Cosí" na żywo było moim marzeniem i obiektem tęsknego spojrzenia na plakaty Opery Śląskiej. Aż się doczekałem.

Spektakl śpiewano po polsku - to okazało się prawdą. I nie dotyczyło to tylko recytatywów jak zapowiedziano w programie, ale całej opery, poza jednym numerem (ale w tej chwili nie mogę go zlokalizować, może dlatego, że nie pamiętam kto poza Ferrandem i Guglielmem w nim występował). Wykorzystano przekład Włodzimierza Ormickiego, który zadziwiająco dobrze pasował do muzyki, ale trochę spłaszczał i banalizował tekst - o ile to możliwe. Na przykład uroczy "arabski feniks" stał się "takim skarbem". Zresztą śpiewanie po polsku było trudem daremnym - i tak niewiele dało się zrozumieć, tym bardziej, że w "Cosí" dominują numery zbiorowe (od duetu w górę), gdzie głosy się łączą i słowa nikną. Zresztą świadczyło o tym wymownie zachowanie części publiczności (zwłaszcza osób starszych i słabo słyszących), które pytały się sąsiadów, lub obsługi, co jest co, gdyż się zupełnie pogubiły i nie rozumiały słów.

Że zwykłem streszczać opery, więc niech i teraz tak będzie. W operze (autorski pomysł librecisty - Lorenza da Ponte, podobno jakąś autentyczną anegdotką zainspirowany) mamy dwie pary kochanków (w tym spektaklu dosyć ten aspekt erotyczny podkreślono, każąc w pierwszej scenie pannom wystąpić podczas spotkania z kochankami w halkach... efekt nie najlepszy, bo o ile dawne suknie tuszowały wady figury, to halki podkreśliły je wyraźnie i to jeszcze na starcie) - Ferranda i Dorabellę, oraz Guglielma i Fiordiligi. Przy czym panny są siostrami, a panowie - oficerami i przyjaciółmi. Miejsce akcji - Włochy, czas - XVIII wiek (ale to wszystko jest bardzo umowne). Kawalerowie są pewni głębokiej miłości i wierności panien, w przeciwieństwie do ich przyjaciela - Don Alfonso, starszego, trochę cynicznego (ale ten cynizm to tylko życiowa mądrość) pana, który twierdzi, że kobiety są z natury niewierne i tyle. Dochodzi do sprzeczki, która zamiast pojedynku kończy się zakładem - jeśli Don Alfonso sprawi, że do wieczora obie panny zakochają się w innych tak, że będą gotowe oddać im rękę, panowie zapłacą po 1000 cekinów. Panowie na to przystają i obiecują pełną dyspozycyjność.

Pierwszy punkt planu Don Alfono, to wysłać panów "na wojnę". Dorabella i Fiordiligi załamują ręce i bardzo teatralnie cierpią, obawiając się o życie ukochanych. Tym lepiej - zaciera ręce Don Alfonso - czym więcej teatru, tym bardziej powierzchowne jest uczucie.

Punkt drugi: pojawiają się 'atrakcyjni' (finansowo) kawalerowie ze Wschodu w orientalnych ('albańskich') strojach. Są nimi oczywiście Guglielmo i Ferrando, tyle że przebrani dla niepoznania. Don Alfonso ma jeszcze jedną obawę i nadzieję - chodzi o Despinę (patrz wyżej) służącą panien. Despina jest sprytna - jako sojuszniczka wiele mogłaby pomóc, ale gdyby nią nie została, a panów rozpoznała... Cały plan mógłby spalić na panewce Despina panów nie rozpoznaje (wiele osób miało tu pretensje do libretta opery) i wspiera czynem i słowem ich zaloty. Pierwsza próba kończy się jednak porażką - panny wypędzają deklarujących miłość intruzów.

Druga próba jest jeszcze bardziej infantylna - panowie udają próbę samobójstwa z miłości, a ratuje ich magnetycznym kamieniem (zgodnie z zasadami doktora Mesmera) Despina przebrana za lekarza. Panny rzeczywiście okazują nieszczęśnikom pełne miłosierdzie, ale na całusa nie już przystają.

Pannom jednak głowach miesza Despina, która śpiewa o tym, że trzeba się zabawić z nowymi kochankami, skoro starzy są daleko, że trzeba "być kobietą", a
Kobieta w wieku piętnastu lat,
Musie wiedzieć, co modne jest,
Gdzie ogon swój diabeł chowa,
Co jest dobre, a co jest złe.
Musi znać ścieżki uwodzenia,
Według których amanci zakochują się,
Udawać śmiech, udawać łzy,
Wymyślać zgrabne wymówki.
Musi w każdej chwili
Zwracać uwagę na setkę mężczyzn,
Swymi oczami
Mówić z tysiącem,
Zachęcać wszystkich,
Przystojnych i brzydkich,
Wiedzieć jak skrywać [myśli]
Bez zmieszania;
Bez rumieńców
Wiedzieć jak kłamać,
I jak królowa na swym wzniosłym tronie,
Z "ja mogę, ja chcę',
Zmuszać do posłuchu.[*]

Tak naucza Despina. I Dorabella okazuje się pojętną uczennicą - panny dzielą się zalotnikami "na opak" w porównaniu do związków z poprzedniego dnia.

Do spotkania dochodzi w ogrodzie. I Dorabella łatwo ulega, oddając portret ukochanego i przyjmując w zamian 'serce'. Tymczasem Fiordiligi jeszcze się broni. Powoduje to wybuch bólu u Ferranda (ale on wciąż kocha Dorabellę) i triumfy samooceny Guglielma, połączone ze spojrzeniem na kobiety z góry. Ale i Ferrando ma teraz dodatkowy powód do działań, a Fiordiligi chce się przebrać w mundur i dołączyć do ukochanego na polu bitwy - to jej ostatnia, wzruszająca próba obrony miłości, gdy spostrzega, że zakochuje się w kimś obcym.

Obie panny ulegają, a panowie chcą już nimi wzgardzić, gdy Don Alfonso przekonuje ich, że po pierwsze, tak czynią wszystkie (tytułowe "cosí fan tutte"), a po drugie najlepszą karą będzie... ślub. Ale nie może to się odbyć tak po prostu. Najpierw aranżuje się wesele z "Albańczykami" i tę ceremonię ślubną przerywa przybycie obu kochanków (oczywiście muszą oni sprytnie wchodzić i wychodzić, przy tym się przebierając) - miejsce ukrycia "Albańczyków" zostaje odkryte, a panowie demonstrują kim byli, szybko doprowadzając do połączenia właściwych par (choć, jak niedawno pisałem, muzyka sugerować ma, że to nie do końca tak, i że te pary z eksperymentu Don Alfonso też się łączą...). Następuje finał.

* * *

Spektakl odbył się w Sali koncertowej im. Adama Didura. Na początku miałem do niej pewne uprzedzenia (to nie sala operowa, scena była tylko zaimprowizowana bez maszyn teatralnych, orkiestra siedziała po lewej stronie sali, obok publiczności, klawesyn stał przy scenie po prawej stronie; miejsca (a wcale wygodne i obszerne krzesła!) nie były numerowane). Potem jednak uznałem ją za największy atut przedstawienia i piszę to bez ironii - lubię taką kameralną, bezpretensjonalną atmosferę; lubię teatralną umowność i jeszcze lubię gdy wykonawcy są "na wyciągnięcie dłoni". Zresztą muszę przyznać, że świetnie było słychać i nawet boczne ustawienie orkiestry nie przeszkadzało.

Reżyseria (Henryka Konwińskiego; dekoracje i kostiumy: Barbara Jankowska) nawiązywała do strojów z epoki i była (trochę to warunki wymuszały), tyleż bezpretensjonalna, co skromna. Podobnie jak scenografia. Muszę jednak powiedzieć, że choć dzięki znanym mi realizacjom na DVD wiem, jak niektóre rzeczy można było pokazać atrakcyjniej i zabawniej, to realizacja miała bardzo dużo uroku.

Najbardziej zdziwiła mnie szybkość przekonania Dorabelli do pomysłu znalezienia sobie kochanka. Wg libretta ona pierwsza ulega, ale tu już w pierwszym akcie, Guglielmo próbujący się dobrać pod spódnicę Fiordiligi śpiewającej, że ona wytrwa "jak ta skała" (próba spowodowała jej ucieczkę), prowokuje Dorabellę do podejścia tak, by mógł spróbować się dostać pod jej spódnicę. I to z prowokatorskim kręceniem się przy nim.

Może tylko jedna uwaga krytyczna do reżyserii: w ostatniej scenie panowie powinni wyskoczyć w połowie przebrani za "Albańczyków", tymczasem wyskoczyli w swoich własnych strojach "oficerskich" (ja bym powiedział, że generalskich, a Guglielmo gestami udawał wprost Napoleona), tylko dając do zrozumienia, że wszystko wiedzą. Trochę mi tej przebieranki zabrakło.

O ile zwykle jestem fanem Fiordiligi, której wahania są bardzo wzruszające, i której osobowość jest głębsza, to tym razem byłem po stronie Dorabelli. Czegóż to nie zmienia miła kobieca twarz? Poza tym Magdalena Spytek śpiewająca tę partię śpiewała wyraźnie i precyzyjniej niż Fiordiligi, więcej też grała. I tego wrażenia nawet nie psuła jej figura w halce (zresztą w porównaniu z Fiordiligi wcale nie gorsza).

Kolejną osobę, którą miałbym ochotę wyróżnić, to Guglielmo, czyli Włodzimierz Skalski. Wyróżnia się wśród śpiewaków bytomskich poczuciem humoru (może nie najlepszym, ale zawsze), do tego śpiewał wyraźnie i dobrze.

Na tym tle para Fiordiligi (Barbara Stryjecka) i Ferrando (Feliks Widera) wypadała dużo, dużo słabiej. Ani śpiew, ani gra aktorska mnie nie zachwycały. I najbardziej daremny z daremnych trudów, by zrozumieć co śpiewają, bo dykcja w ariach pozostawiała wiele do życzenia.

Ciekawiej wypadł Don Alfonso, czyli Michał Szopa, może głosowo nie ideał, ale niezły i z dobrą dykcją. Ciekawostką było obsadzenie młodszego śpiewaka w tej roli (idę o zakład, że młodszego od Feliksa Widery, czy Barbary Stryjeckiej, a może nawet od Włodzimierza Skalskiego) - w dodatku z młodzieńczą bródką i wąsikiem. Rola ta nabrała osobliwego zabarwienia w tym momencie, ze "śliskim", jeszcze bardziej cynicznym i trochę "młodzieńczo-złotym" Don Alfonsem.

Rolę Despiny śpiewała Mariola Płazak-Ścibich. Może dykcja nie idealna, ale całkiem dobry głos i osobowość sceniczna, a Despina to postać charakterystyczna i lubiana, i Mariola Płazak-Ścibich zdobyła dla niej sympatię.

Chór trochę się niepotrzebnie dużo kręci po scenie (a scena ciasna), ale poza tą nadaktywnością uwag nie mam.

Orkiestra pod kierunkiem Piotra Warzechy... cóż, nie jestem fanem Orkiestry Opery Śląskiej. Jest ona mała i niedoskonała. Ale tym razem zagrali przyzwoicie, wcale udane były partie instrumentów dętych - można się było porozkoszować chwilami instrumentacją Mozarta, a w "Cosí fan tutte", gdzie ciągle Mozart nam pokazuje jak można atrakcyjnie ten, czy ów instrument wykorzystać, jest się czym rozkoszować.

Poza tym... czy ja mam prawo narzekać na spektakl, gdy świetnie się czułem na sali, gdy w końcówce coś we mnie "zaskoczyło" i przeżywałem emocje bohaterów z zaangażowaniem, a nie tylko "chłodną postawą krytyka"? Gdy wreszcie dostałem bilet ulgowy, choć mi nie przysługiwał, z niezrozumiałego kaprysu pana biletera oszczędzając 12 złotych? No właśnie - więc nie narzekam!


PS. Zapomniałbym, że zupełnie postawa pewien pani słuchaczki (starszej zresztą) o mało nie zwaliła mnie z krzesła. W pierwszym akcie tej pani (siedzącej w moim rzędzie) zadzwonił telefon. Nie odebrała, nie wyłączyła, tylko mocniej zacisnęła torebkę. Dobrze, trafia się, że ktoś wyłączyć zapomni. Ale to samo powtarzało się w drugim akcie (a przecież tym razem to musiała pamiętać, że dzwoniący telefon będzie przeszkadzać!). W dodatku pani nie miała do siebie najmniejszych pretensji, a jedynie do... osoby dzwoniącej. No bo gdyby zostawiła numer telefonu, to pani oddzwoniłaby w przerwie i nie byłoby problemu...

Nawiasem mówiąc komórki upowszechniły się także wśród emerytów. Niestety. Młodzież już się nauczyła, że nie wszędzie wypada mieć komórkę włączoną i nie czyta SMSów w czasie przedstawienia...

PS. W galerii zdjęć Opery Śląskiej można znaleźć fotografie z "Cosi fan tutte". Pierwsze osiem fotografii oddaje przybliżony skład przedstawienia, na którym byłem (z wyjątkiem Don Alfonso).

[*] Roboczy, dość dosłowny przekład z tłumaczenia angielskiego.

poniedziałek, 11 grudnia 2006
"Trzy siostry" (gościnny występ Teatru Polonia)
Chorzów, dn. 10 grudnia 2006

„Trzy siostry” przywołały mi w pamięci niedawno czytany artykuł Adama Szostkiewicza o Viktorze Franklu. Bo faktycznie Czechow pokazuje się jako zwolennik Frankla, choć zwolennik nieuświadomiony – Frankl urodził się w cztery lata po premierze „Trzech sióstr”.

Na czym bowiem polega ten dramat, jeśli nie na życiowym niespełnieniu? Na rozpaczliwym poszukiwaniu sensu, który się wymyka? A właśnie dostrzeganie sensu własnego życia było naczelnym celem człowieczeństwa zdaniem Viktora Frankla.

Najtrudniej byłoby dowodzić tej tezy w oparciu o postać Olgi. Olga zgodnie ze stereotypem najstarszej siostry, trzyma swe emocje na wodzy i poza chyba tylko jednym westchnieniem-pragnieniem powrotu do Moskwy, nie ukazuje swego wnętrza.

Ale obok mamy dużą rolę Maszy – ta zaś intensywnie pragnie spełnienia w miłości[1]. Nie sama – bo jej miłość jest wzajemna – kocha i jest kochana przez Wierszynina. I co z tego, skoro oboje nie porzucą współmałżonków? Skoro zabrnęli w złe związki, który podcinają im skrzydła? (A jeszcze ten smaczek, gdy siostry przypominają sobie, że Wierszynin w Moskwie uchodził za „zakochanego majora” – tak gorąco kochał, czyżby swą obecną żonę?)

Najmłodsza – Irina przeżywa swój dramat najgłośniej – pragnie spełnienia w pożytecznej pracy[2]. (Może echo popularności idei socjalistycznych u rosyjskiej inteligencji, ale też może najwyraźniejsze wskazanie na Viktora Frankla – tu właśnie chodzi o sens, którego w swoim życiu Irina nie dostrzega.) Los Iriny jest trochę podobny do losu Maszy – spotyka mężczyznę – barona Tuzenbacha, który myśli podobnie, który przy całej naiwności swego idealizmu, byłby zapewne dla niej dobrym partnerem. (Że nie łączy ją z nim miłość, a jedynie wspólna wizja życia, wolę używać słowa „partner”.) Ale los wiecznie zwodzi Irinę – dotyczy to zarówno kolejnych miejsc pracy, które nie przynoszą satysfakcji, a tylko zmęczenie i wyjałowienie, jak i w sprawie barona, który ginie dzień przed planowanym ślubem w pojedynku z Solonym.

Solony to też ciekawa postać, choć niewiele można o niej powiedzieć. Chamski przy ludziach, brutalny w sprowokowaniu barona, nie potrafiący przegrywać, zdaje się mieć drugie dno. Podobnie jak i inni – choćby Czebutykin – wojskowy lekarz, który przeżywa dramat własnego życiowego upadku, będąc jakby mementem dla bohaterów, którzy też pięknie zaczynają, ale mają małe szanse, by równie pięknie skończyć[3].

I brat sióstr Prozorow – Andriej. Nadzieja rodziny – inteligentny, sympatyczny; wydaje się zniszczony przez miłość do niewłaściwej kobiety. Kobieta na pewno jest niewłaściwa – to że spełnienie życiowe odnajduje tylko dwoje bohaterów – Nataszę i Kułygina – małżonków dwojga z rodzeństwa, bo Andrieja i Maszy, ludzie przy tym miałcy, płytcy i zwyczajnie głupi; podczas gdy piękne duchy przegrywają z realiami, tylko podkreśla dramat „Trzech sióstr” i gryzącą ironię Czechowa [4].

Ja jednak wątpię, czy była to kobieta. A już na pewno, nie tylko kobieta. Andriej już wcześniej przedstawia niebezpieczną słabość, a i pierwszy akt ukazuje niebezpieczne oznaki upadku całej rodziny.

Tymczasem czytam, że autorzy spektaklu postanowili, że to „diaboliczna” Natasza będzie centralną rolą. Czy Natasza jest taka diaboliczna? Jest straszliwie egoistyczna – to prawda, choć można też zauważyć, że walczy ona o najlepsze miejsce dla swoich dzieci, które zapewne szczerze kocha. Problemy bliskich, nawet męża, mieszczą się gdzieś poza jej horyzontem moralnym. Jest też, w kontraście do świetnie wykształconych Prozorowów, pozbawiona wykształcenia, gustu i kultury (co nie przeszkadza jej, a wręcz przeciwnie, dowodzić tutaj swojej wyższości). To prawda, ale też siostry nie wykorzystują bynajmniej okazji, gdy jeszcze Nataszy w rodzinie nie ma. Natasza raczej kładzie kres złudzeniom, niż niweczy czyjekolwiek życiowe szanse.

A Kułygin ma rację. Kułygin to głupiec, oportunista, którego nie można lubić, czy szanować. Ale krytykując siostry, za ich idealizm, który pozostaje tylko idealizmem – nie potrafią bowiem przyoblec swych idei w czyny – trafia w sedno. Tyle, że trudno uwierzyć, że Kułygin wie to sam z siebie, że gdzieś tego nie wyczytał. Trafiając w sedno w swej krytyce, nie przekonuje do siebie.

Ale także Kułygin nie jest cały zły. On jest małym człowiekiem, w sensie duchowym, ale miewa dobre odruchy. A może to tylko resztki grzeczności?

Czy dla sióstr istniałby jakikolwiek ratunek? Przyznaję, że nie wiem. Siostry są za słabe, by poradzić sobie udanie z życiem – ulegają namowom i sugestiom, które je niszczą. (Podobnie Andriej i Tuzenbach, choć z różnych powodów). Pragną też chyba zbyt wiele, wyrastając z idealnego świata kochającego i mądrego ojca, nie mają sił by przeciwstawić się małości otaczającej ich rzeczywistości. To chyba coś więcej, niż dramat niezrealizowanego marzenia, by najpiękniejsi (także duchowo) zmieniali świat; to dramat pereł rzucanych przed wieprze – czyli kwiatów rosyjskiej inteligencji bezproduktywnie niszczejącej na prowincji.

Trochę o aktorach i realizatorach:

  • Andriej Siergiejewicz Prozorow – Piotr Kozłowski. Zawsze rozmamłany, słaby, nijaki. Przekonuje do swoich słabości, ale nie do tego, że mógłby być uczonym na Uniwersytecie Moskiewskim. A może to ma tylko podkreślać jak bardzo samym tylko rojeniem jest jego kariera naukowa, w której leży jedyna nadzieja rodziny?
  • Natasza Iwanowna – Agata Buzek. Bardzo chwalona za premierę. Z ostrym głosem i niemniej ostrym nosem, jest przekonującą Nataszą – osobą demoniczną, ale w której działaniach można się dopatrywać „walki o swoje”. Brutalnej, ale nie bezsensownej.
  • Olga – Joanna Kasperek-Artman. O Oldze trudno cokolwiek powiedzieć. Sama pani Joanna Kasperek-Artman twierdzi, że Olga to „instytucja humanitarna”, człowiek absolutnie dobry i czysty, a przez to trudny do zagrania. Dobro widać, choć jednocześnie jej Olga jest trochę oschła. Ale może tylko w tym wyciszeniu postaci umyka gdzieś część jej wewnętrznego piękna?
  • Masza – Maria Seweryn. Dla mnie najlepsza rola w tym spektaklu. Sposób gry Marii Seweryn wydaje mi się czasem trochę sztywny i bardzo oszczędny. Ale właśnie ta oszczędność przydaje głębi.
  • Irina – Karolina Gruszka (jak sądzę, nie będąc na bieżąco z serialami mogę nie odróżnić jej na scenie od Hanny Konarowskiej, a „wykonawców dnia” nigdzie nie wypisano). Bardzo aktywna postać, ale dobra rola. Bardzo „panienka z dobrego domu” z ambicjami, słabiej natomiast widać jej ukryte pragnienia i potencjalną głębię postaci.
  • Fiodor Iljicz Kułygin – Michał Breitenwald. Muszę powiedzieć, że mnie irytował. Jego aktywność, popisywanie się, skromny repertuar narzucających się gestów, gdy trzeba coś powiedzieć, wydawała się tworzyć pewną dysharmonię z wyciszonym spektaklem. Ale to też taka postać pozbawiona harmonii i rozbijająca wszystko wokół.
  • Aleksandr Ignatjewicz Wierszynin – Andrzej Deskur. Serdeczny, uśmiechnięty, energiczny. To pasuje do oficera kierującego zwalczaniem pożaru, ale czy pasuje do nieszczęśliwego męża, który szuka miejsca dla siebie, i który wie, że jego miłość nie może się spełnić? Wierszynin staje się męskim dopełnieniem sióstr Prozorow. Trochę za łatwo.
  • Mikołaj Lwowicz Tuzenbach – Marcin Piejaś. Młody, naiwny – cóż można tu dodać?
  • Wasyl Wasyliewicz Solony – Łukasz Simlat. Trudno w tę postać uwierzyć. Jego zachowanie jest tak wyzywające, prowokacyjne, że aż nierealne. Ale taka ta rola chyba jest.
  • Iwan Romanowicz Czebutykin – Aleksander Bednarz. Ciepła rola. Czebutykin jest nieodpowiedzialny, przegrał swoje życie, ale kocha siostry przez pamięć na miłość do ich matki. I to ciepło w nim widać. Nawet jeśli potrafi im pomagać.

W innych rolach: Aleksy Pietrowicz Fiedotkin – Michał Sieczkowski; Włodzimierz Karłowicz Rode –Wojciech Czerwiński lub Paweł Ciołkosz; Fierapont – Wojciech Alaborski (dobry, choć raz ma irytującą fryzuję, czy coś takiego na głowie...); Anfisa – Maria Klejdysz, Pokojówka – Ewa Ratkowska.

Spektakl określony jest jako dzieło Natashy Parry Brook, Krystyny Jandy i Krystyny Zachwatowicz. Reżyserować miała debiutująca w tej roli Natasha Perry, ale prace się przeciągały, a Natashę Perry wzywały obowiązki za granicą (czy bodajże i za oceanem?), spektakl według jej wskazówek dokończyła więc Krystyna Janda, przy współpracy Krystyny Zachwatowicz (to ważne, że główną współautorką jest pani scenograf – wizualny pomysł na ten spektakl jest bardzo ważny, a opiera się on na dawnych, XIX wiecznych rosyjskich fotografiach [5]). Natasha Parry Brook miała rozpocząć spektakl bez specjalnych pomysłów – pozwolić biec i realizować się ideom aktorów. Sprawdza to się nieźle, z możliwym wyjątkiem ciągłego wchodzenia i wychodzenia (ale to raczej Czechow niż Natasha Parry Brook). Spektakl jest wyciszony i celowo skromny. To dobrze – pomaga to przeżyć dramat Czechowa, który rozgrywa się niejako poza akcją dramatyczną toczącą się na scenie. Najbardziej podobał mi się pierwszy akt, gdzie już mamy zarysowane wszystkie osobiste dramaty sióstr, ale jednocześnie udatnie oddana radosna atmosfera imienin Iriny, tworzy kontrast do osobistych przeżyć bohaterek.

Opracowanie muzyczne (dość ważne, współtworzące charakter Rosji przełomów XIX i XX wieku): Marta Broczkowska.

------
[1] Czytam opinie aktorek o rolach. Maria Seweryn podkreśla tajemniczość Maszy (tak jakby ktoś tu nie był tajemniczy), wskazując na jej siłę i niezależność. A ja nie wiem. Maszy zabrakło możliwości wypróbowania się w jakiejś pracy, co jest udziałem jej sióstr. Wyszła za mąż za człowieka, którego jako osiemnastolatka szanowała, ale którego mając dwadzieścia parę lat, szanować nie sposób. Masza nigdy nie próbowała innego życia i nadal nie potrafi powiedzieć, że czegoś takiego chce. Jedyne dla niej ważne odniesienie, to właśnie Wierszynin.
[2] Dla odmiany aktorki grające Irinę podkreślają pragnienie miłości, jako naczelną siłę kierującą Iriną. Choć takiej interpretacji nie można wykluczyć (charakterystyczne, że Irina się nie zakochuje i mimo wszystkich zalet Tuzenbacha, decyzja o wyjściu za niego przyjmuje jako swoją przegraną – choć klęską staje się dopiero jego śmierć), to nie ma żadnych poważnych argumentów. Zwłaszcza sama Irina nie wyraża głośno pragnień zamążpójścia, czy miłości, ale pożytecznej pracy. Irina poza szeroko okazywaną serdecznością (ale raczej nie idzie za nią trwały wysiłek) nie przejawia też innych oznak miłości.
[3] Tu warto zauważyć, że także obie starsze siostry stanowią dla Iriny ilustrację życiowych perspektyw. Może wybrać pożyteczną pracę bez miłości i domu (jak Olga), albo dom, bez miłości i pożytków z pracy (jak Masza). Wybiera coś jeszcze innego, ale i to się nie spełnia.
[4] Osobnym i dużym tematem jest dowcip Czechowa. „Trzy siostry” to komedia, co trudno przyjąć do wiadomości, choć przynajmniej niektórzy wykonawcy próbowali to sobie wziąć do serca. Ale już w programie dominują tony przyrównujące tę deklarację do „Komedii” jako nazwy dzieła Dantego, albo do „Komedii ludzkiej”. To chyba błędna perspektywa – ironia jest naczelną zasadą w „Trzech siostrach”. Tyle, że dowcip Czechowa jest zimny, intelektualny i metafizyczny na swój sposób – wykpiony zostaje los i nasze najszczersze i najgłębsze starania.
[5] Wokół tych fotografii wiele rzeczy się kręci, a ja teraz się łapię na tym, że nie mam gdzie o nich napisać. Młodzi z aparatem fotograficznym to uzupełnienie kilku scen, a wyświetlane na jakimś płótnie fotografie aktorów w dawnych strojach (stylizowane na wiek XIX), uatrakcyjniają robocze przerwy między aktem I i II, a potem III i IV.

sobota, 09 grudnia 2006
NOSPR: Gubajdulina (75. urodziny) i Rachmaninow
Katowice, dn. 8 grudnia 2006

Spacer po GCK rozpocząłem dość tradycyjnie, bo od galerii. Tyle, że tym razem odwiedziłem dawno nie odwiedzaną Galerię Engram, a w niej zwiedziłem wystawę "Życie-śmierć-życie" (czyli historia pokalanego-poczęcia) Aliny Raczkiewicz-Bęc. Wystawa mała, ale dość ciekawa. Alina Raczkiewicz-Bęc zilustrowała ważne chwile w życiu (obrazy celowo proste, prymitywne, nawiązujące do tradycji odpustowej[1] - życie zresztą też raczej "prowincjonalne" i nawiązujące czasem do starych fotografii), malując je na makulaturze, przy czym obrazy były zawieszone, jakby sztandary, ukazując materiał i podpisy, znajdujące się zawsze na odwrocie.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us


Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Wystawa ma coś w sobie, właśnie przez to, że nie próbuje uciekać przez zwykłością prowincjonalnego życia, w którym duch tkwi bardzo mocno w ciele, a jednocześnie, ukazując je, wskazuje na coś, co jest dość uniwersalnym doświadczeniem, które każdy albo sam przeżył, albo przeżył coś dostatecznie bliskiego i podobnego, by obrazy odnajdowały coś w nim samym.

* * *

Na piątkowym koncercie upamiętniono 75. urodziny Sofii Gubajduliny prezentując jej Offertorium - Koncert na skrzypce i orkiestrę.
Twórczość Sofii Gubajduliny, rosyjskiej kompozytorki tatarskiego pochodzenia, znam bardzo słabo, czego żałuję. Moja znajomość ograniczała się dotąd do Koncertu na altówkę, choć oczywiście, o samej kompozytorce słyszałem. Choćby przy okazji jej Pasji według św. Jana. Cieszyłem się więc, na możliwość poznania innego jej utworu - Koncertu skrzypcowego (napisanego w roku 1980 dla Gidona Kremera, przerabianego w 1982 i 1986).


Koncert jest utworem jednoczęściowym, trwającym około 30-40 minut. Choć nie można go podzielić na części, to dałoby się wyróżnić pewne fazy, które znamionuje zmiana dominującego charakteru muzyki. Rozpoczyna go cytat z Das musikalische Opfer Jana Sebastiana Bacha (chyba nie jedyne powiązanie ze znaczeniem słowa Offertorium - pieśni towarzyszącej składaniu darów, kojarzonej przeze mnie głównie z mszą żałobną, gdzie darom towarzyszy prośba o wybawienie od wiecznego potępienia) w instrumentacji Weberna[2], po którym włączają się skrzypce. Cytat jest dość krótki, ale temat "Muzycznej ofiary" (czy "Muzycznego daru") powraca w tej pierwszej części. Ta pierwsza część, o wyraźnie kameralnym charakterze (zwykle skrzypce grają solo, albo towarzyszy im skromna instrumentacja) zawiera już elementy, które zdominują drugą "fazę" - muzykę dość brutalną, twardą, przy widocznym lubowaniu się autorki dziwnymi brzmieniami instrumentów dętych. Ale i tutaj pojawiają się początkowo fragmenty jaśniejsze, których blask podkreśla brzmienie czelesty i wibrafonu. Już w drugiej części dość często występuje cała orkiestra. Wszystko kończy fragment o charakterze elegijnym, bardziej tradycyjny i mniej eksperymentatorski - wskazując jakby na żałobne sensy Offertorium.


Na skrzypcach grał (udanie!) Piotr Pławner, posiłkując się przy tym nutami, co nie jest częste u solistów. Ale z drugiej strony - jak często gra się u nas muzykę Gubajduliny? Nie licząc, rzecz jasna, Warszawskiej Jesieni?


W samym koncercie podziwiałem sprawność i pomysłowość (oraz trafność) zestawień brzmieniowych. A jednak miałem pewien niedosyt - może to przez oglądanie na DVD "Ognistego ptaka" przed wyjściem, może przez jakiś piątkowy zanik koncentracji, przez ciepło na sali koncertowej - nie potrafiłem się dobrze na Gubajdulinie skupić. Słuchałem więc jej Koncertu dość powierzchownie. Pozostaje mi mieć do siebie pretensje, bo prędko Gubajduliny znowu nie będę miał okazji posłuchać; i zauważyć przy okazji, że sądząc pokasływania i kichania na sali, nie tylko ja miałem ze skupieniem problemy[3].

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Po przerwie NOSPR (w nieco skromniejszym składzie) zagrał II Symfonię e-moll, op. 27 Siergieja Rachmaninowa. Utwór czteroczęściowy o tradycyjnym układzie (cztery części, typowe dla formy symfonicznej). Zresztą jest tradycyjny, co Rachmaninowowi zarzucano i co ja chętnie zarzucę. Nie mam nic przeciwko "tradycyjności", a konflikt między nowym i odkrywczym, albo "postępem", a wiernością wzorom tradycji, uważam w sztuce za sztuczny - liczy się treść i umiejętność jej oddania. Jednak nowatorstwo, oryginalność, potrafią przydać utworom jakiejś wartości. To tak jak z humorem - nie jest on w sztuce wartością najwyższą. Potrafi jednak przyprawić dzieła, dodać im smaku, uratować to co słabe. Tu, takiej przyprawy - czy to humoru, czy nowatorstwa zabrakło, a że i głębszych treści w tym dużym (na piątkowym koncercie coś około 55 minut) utworze nie dostrzegałem, to miałem poczucie niedosytu.


Na plus należy, oprócz sprawnego warsztatu kompozytora, zapisać jednak bardzo dobre wykonanie - i mam tu na myśli nie tylko wywołanego po koncercie klarnecistę - Aleksandra Tesarczyka, ale także całą resztę zespołu i dyrygenta - Gabriela Chmurę, który potrafił wydobyć uroki Rachmaninowa (zwłaszcza w początkowym Allegro moderato, w Adagio i w finale - Allegro vivace).


Tym razem publiczność słuchała w skupieniu i intensywnie biła brawa. A kolejny koncert NOSPRu już w Nowym Roku.

---
[1] Anna Markowska w ulotce o wystawie pisze m.in.: "Nie ma więc modernistycznej obsesji źródła (o makulaturowym podobraziu mówi: "bałabym się bieli"), a zamiast nowatorstwa i poszukiwania raju, Alina proponuje odpowiedzi osadzone w konkretnym punkcie historii, bez uniwersalnych aspiracji."
[2] Karol Rafał Bula, autor opisów w programie, wskazuje też na inne odczytanie tego cytatu - jako osobistej deklaracji "estetycznego obszaru aktualnych wtedy zainteresowań twórczych kompozytorki".
[3] Podobno koncentracja tłumi objawy chorobowe jak kaszel i kichanie. Nie pamiętam jak to się dzieje (choć czytałem o tym), a dotyczyć to ma zarówno słuchaczy jak i wykonawców. Musze tu jednak przyznać, że dla większości słuchaczy utwór Gubajduliny musiał wydawać się trudny.

czwartek, 07 grudnia 2006
Dziecię naszych czasów (część III)
Sir Michael Tippet „Dziecię naszych czasów”

Część III

Nr 26. Chór:
Coraz głębszy mróz.
Świat pogrąża się w lodowatych wodach, gdzie spoczywa klejnot wielkiej wartości.

Nr 27. Alt:
Dusza mężczyzny odczuwa mękę niczym kobieta.
Ona jest stara jak ziemia, ponad dobrem i złem, garderobą zmysłów.
Jej twarz jaśnieje niczym słońce.
Gdy nadszedł czas jego uwolnienia.

Nr 28. Scena. Bas, chór:
Bas: Oto słowa mądrości:
Zimno zimy oznacza wewnętrzne ciepło, tajemniczą żłobek nasienia.

Chór: Jakież potrzeba cierpliwości, by przełknąć taką tajemnicę?
Kto na pocieszy przy jej zgłębianiu.

Bas: Cierpliwość rodzi się w napięciu samotności.
Ogród leży za pustynią.

Chór: Czy człowiek przeznaczenia jest panem nas wszystkich?
Czyż odrzuceni mają nie zostać pomszczeni?

Bas: Człowiek przeznaczenia został odcięty od towarzyszy.
Leczące źródło wytryska z łona czasu.
Ludzie prostego serca u kresu będą się radować.

Chór: Co więc z chłopcem? Co z nim?

Bas: On, także, jest wyrzutkiem, jego człowieczeństwo złamane w starciu potęg.
Bóg obezwładnił go – dziecię naszych czasów.

Nr 29. Cały zespół. Chór, soliści:
Tenor: Powinienem znać swój cień i swoje światło,
Tak abym w końcu był cały.

Bas: Więc odwagi, bracie, bądź śmiały w grobowej przeprawie.

Sopran: Tu nie ma cierpienia u kresu, ale wieczna nadzieja.

Alt: Ruchome wody odnawiają ziemię.
To wiosna.

Chór powtarza słowa solistów.

Nr 30. Spiritual. Chór, soliści:
Głęboka rzeka, mój dom jest za Jordanem,
Chce ją przekroczyć w drodze do obozu, mój Panie.

Och dziecię! Och, nie chcesz iść,
Na to ewangeliczne święto,
Do ziemi obiecanej,
Do ziemi, gdzie panuje pokój?
Idź do nieba, i zajmij moje miejsce,
I rzuć mą koronę do stóp Jezusa.

Głęboka rzeka, mój dom jest za Jordanem,
Chce ją przekroczyć w drodze do obozu, mój Panie.
Dziecię naszych czasów (część II)
Sir Michael Tippet „Dziecię naszych czasów”

Część II

Nr 9 Chór
Gwiazda wschodzi pośrodku zimy.
Patrz człowieku! Kozioł ofiarny.
Dziecię naszych czasów.

Nr 10 Bas (narrator)
Nadszedł czas, gdy każda z ras prześladowała wszystkie inne.

Nr 11. Podwójny chór prześladujących i prześladowanych:
Prześladujący: Precz z nimi!
Przekląć ich! Zabić ich!
Oni niszczą państwo!

Prześladowani: Gdzie? Dlaczego? Jak?
Nie ma dla nas ucieczki.

Nr 12. Bas (narrator)
Tam gdzie mogą, uciekają przed terrorem.
A między nimi w tajemnicy ucieka chłopiec, który się skrywał w wielkim mieście.

Nr 13. Chór ufających w swą prawość
Nie możemy ich przyjąć w naszym imperium.
Nie mogą pracować, ani być na zasiłku.
Niech zginą na niczyjej ziemi!

Nr 14. Bas (narrator)
A matka chłopca napisała w liście:

Nr 15. Scena. Kwartet solistów (Matka, Ciotka, Chłopiec, Wujek):
Matka: O mój synu! Żyję w straszliwym przerażeniu, niemal przywiedli mnie do śmierci.

Syn: Matko! Chociaż ścigają mnie jak zwierzę, przeciwstawię się światu, by się z tobą spotkać.

Ciotka: Miej cierpliwość.
Nie odrzucaj swego życia w daremnej ofierze.

Wujek: Jesteś sam przeciwko wszystkim.
Uznaj niemożność swego człowieczeństwa.

Chłopiec: Nie! Muszę ją ocalić.

Nr 16. Spiritual (Nobody knows). Chór, sopran, tenor
Chór, sopran i tenor: Nikt nie wie, jakie widzę trudności, Panie,
Nikt nie wie, tak jak Jezus.

Tenor: Bracia, módlcie się za mnie,
Bracia, módlcie się za mnie,
I pomóżcie mi odwieść
Stąd starego Szatana.

Chór, sopran i tenor: Nikt nie wie, jakie widzę trudności...

Tenor: Matki, módlcie się za mnie,
Matki, módlcie się za mnie,
I pomóżcie mi odwieść
Stąd starego Szatana.

Chór, sopran i tenor: Nikt nie wie, jakie widzę trudności...

Nr 17. Scena. Bas (narrator), alt
Bas: Chłopiec popadł w rozpacz w swoim cierpieniu.

Alt: Zrodziło się przekleństwo.
Przerażają go ciemne siły.

Bas: Zwrócił się do władz.
Spotkał się z wrogością.

Alt: Wznosi się w nim jego drugie ja, demoniczne i niszczące.

Bas: Strzelał do władz –

Alt: Ale strzelał tylko jego ciemny brat –
I spójrz – nie żyje.

Nr 18. Bas (narrator):
Powzięli straszliwą zemstę.

Nr 19. Tenor, chór:
Spalić ich domy! Bić ich po głowach!
Łamać ich na kole!

Nr 20. Bas (narrator)
Mężów zawstydziło, to co zrobiono.
Była gorycz i przerażenie.

Nr 21. Spiritual gniewu (Go down, Moses). Chór, bas:
Chór: Zejdź Mojżeszu, drogą do ziemi Egiptu,
Powiedz staremu faraonowi, aby pozwolił moim ludziom odejść.

Bas: Kiedy Izrael był w ziemi Egiptu,
Chór: Pozwól moim ludziom odejść,
Bas: Uciskany tak ciężko, że nie mógł tego znieść,
Chór: Pozwól moim ludziom odejść,
Bas: „Tak mówi Pan”, odważny Mojżesz rzekł,
Chór: Pozwól moim ludziom odejść,
Bas: „Jeśli nie pozwolisz, przywiodę śmierć na tego pierworodnego,”
Chór: Pozwól moim ludziom odejść,

Chór: Zejdź Mojżeszu, drogą do ziemi Egiptu,
Powiedz staremu faraonowi, aby pozwolił moim ludziom odejść.

Nr 22. Chłopiec śpiewa w więzieniu, tenor:
Moje marzenia zostały zdruzgotane w koszmarnej rzeczywistości.
Dzikie bicie mego serca się nieruchomieje: dzień po dniu.
Ziemia i niebo nie są daleko z tego więzienia.
Matko! Matko!

Nr 23. Sopran (matka):
Cóż zrobiłam dla ciebie, mój synu?
Co teraz z nami będzie?
Wyschły źródła nadziei.
Moje serce spopielił nieskończony ból.

Nr 24. Alt:
Ciemne siły, wzrastają jak powódź.
Ludzkie serca są ciężkie: oni płaczą za pokojem.

Nr 25. Spiritual (O, by and by), chór, sopran:

Chór: O, wkrótce, wkrótce,
Złożę swój wielki ciężar.

Wiem, że moja suknie dobrze mi będzie pasować,
Próbowałam ją u wrót piekieł.

O, piekło jest głęboką i ciemną rozpaczą,
O, zatrzymaj się, biedny grzeszniku, i nie idź tam!

Chór: O, wkrótce, wkrótce,
Złożę swój wielki ciężar.

c.d.n.
 
1 , 2