Blog poświęcony relacjom z wydarzeń mniej lub bardziej kulturalnych. Ot, taki koncertowo-teatralno-muzealno pamiętnik amatora, który lubi w takich miejscach bywać.
sobota, 24 października 2009
Umiarkowane rozczarowania, umiarkowane zachwyty, ale wieczór bardzo przyjemny!

Kraków, dn. 23 października 2009 r.

Trzysta lat minęło jak jeden dzień. Może jednak nie jeden, tym bardziej, że „Agryppina” Jerzego Fryderyka Händla między 1722 a 1943 rokiem nie była wystawiana… Ale moda na barok wróciła, a wraz z nią akceptacja stylu barokowej opery, wcale niedawno jeszcze akceptowanej tylko jako muzealna ciekawostka.

Czy wybrano na kolejną produkcję w ramach cyklu Opera Rara „Agrippinę” właśnie ze względu na trzystulecie? Przez długi czas uważano, że premiera miała miejsce 26 XII 1709 roku, co prawda podważono takie datowanie prapremiery (na pewno wykonano ją w sezonie karnawałowym 1709/1710, który 26 XII się rozpoczynał), ale mimo wszystko rok 1709, to najsilniej związany z powstaniem tej opery. Przynajmniej według dotychczasowej wiedzy.

„Agrippina” rozgrywa się wśród szeroko znanych postaci starożytnego Rzymu, odmalowanych w wielu innych dziełach – jest to historia ambicji Agrypiny Młodszej, która pragnie osadzić na tronie swego syna Nerona. Gdy przytrafia się okazja – katastrofa morska, która według pierwszych doniesień pochłonęła jej męża – Klaudiusza – spiesznie instruuje syna i wysyła podkochujących się w niej współpracowników Klaudiusza – Narcyza i Palante – by zadbali o przyznanie przez lud Rzymu tronu Neronowi. Niestety (dla planów Agrypiny, oczywiście), Klaudiusz żyje, uratowany przez Ottona. Co gorsza – to Otton zostaje wyznaczony na tron. Szczęśliwie jednak, Otton wyznaje Agrypinie swą miłość do Poppei, co ta, znając zainteresowanie Poppeą swego męża, wykorzystuje ją – Poppea, której Agrypina wmówiła, że Otton zamienił ją na tron, wywalczyła pozbawienie go tronu… Otton zostaje oskarżony o zdradę i odsuwają się od niego wszyscy przyjaciele. Jednak triumf Agrypiny jest przedwczesny – zarówno Poppea z ukochanym Ottonem orientują się, że to intryga Agrypiny, jak i wzajemnie wysłani do zamordowania siebie (i Ottona) Narcyz i Palante. Teraz wszyscy spiskują przeciwko Neronowi, który ma ten sam słaby punkt, co Otton – on również kocha się w Poppei. Intryga polega na naprowadzeniu Klaudiusza na zakochanego w Poppei Nerona, podczas schadzki. (Nieprzypadkowo Piotr Kamiński dostrzega analogię między Neronem i Cherubinem.) Intryga się udaje, Agrypina jednak się nie poddaje. W zakończeniu każdy uzyskuje to, czego pragnie – Agrypina i Neron władzę, Otton – Poppeę. I tylko biedny Klaudiusz nie osiąga niczego…

Piątkowe wykonanie było koncertowe – bez strojów, scenografii, reżyserii, choć wszyscy starali się oddać także wizualnie (i aktorsko) bohaterów opery. I muszę przyznać, że oglądało mi się to przyjemniej, niż niektóre współczesne reżyserie. (I chyba nie tylko współczesne.) Trudno czasem było ukryć śmiech, obserwując przerysowane gesty i grymasy bohaterów, zwłaszcza, że samo libretto pełne erotyczno-politycznych intryg, przynosi niejedną okazję do śmiechu. Zresztą, gesty i grymasy w znacznej mierze podpowiadała muzyka dwudziestoczteroletniego Händla. (A swoje dodawała znajomość historii, także popularnej, czy to powieściowej – „Ja, Klaudiusz” i „Quo vadis?”, czy operowej – ja przynajmniej nie mogłem się oprzeć refleksji, jak bardzo naiwnie wygląda Poppea, czy Neron w tej operze, w porównaniu z „Koronacją Poppei”.)

Jeśli chodzi o wykonanie, to opinie słyszałem mocno podzielone… Sądzę, że to zależało od oczekiwań – „Agrippina” to opera, z popisową tytułową rolą – i to było w piątek słychać, bo Ann Hallenberg była znakomita. Pytanie, czy coś poza tą rolą się wyróżnia, rywalizuje z nią? Przypominam sobie realizację (na DVD) Jeana-Claude Malgoire, gdzie obok Agrypiny (Veronique Gens) wielką rolą popisywał się Neron (Philippe Jarrousky). Tu tego zabrakło – i to główny powód krytyk. Ważną i potencjalnie „konkurencyjną” rolę Poppei (dość bladą w realizacji na DVD) otrzymała Veronica Cangemi, niestety, nie mogła przyjechać i zastąpiła ją utytułowana Gemma Bertagnoli. I w jej wykonaniu było tyle, by „narobić smaku”, bo i pokazała swój potencjał i potencjał partii Poppei, ale nie na tyle by zaspokoić ten smak – choćby przez dużo wyraźnych wpadek. Drugie zastępstwo – także dość utytułowany Antonio Abete – także nie było udane, choć muszę przyznać, że z basami u Händla często mam problemy, w dodatku Klaudiusz to postać niezbyt ciekawa w tej operze… Ale wróćmy do Nerona, który tak zachwycił mnie w wykonaniu Philippe’a Jarrousky’ego – w piątek rolę tę wykonywała José Maria Lo Monaco. I zebrała duże brawa na końcu – rzeczywiście, była to solidnie wykonana partia Nerona, chociaż wiele jej brakowało do gwiazdorstwa Jarrosky’ego. (A od siebie dodam, że panie mają jakąś dziwną tendencje, by „odgrywać” młodych mężczyzn prawie zawsze poprzez śpiew z rękami w kieszeniach spodni… przynajmniej jedną arię tak José Maria Lo Monaco wykonała.)

Po tej serii umiarkowanych zaskoczeń niedobrych (Poppea), czy może umiarkowanie dobrych spodziewań (Neron) miejsce na pochwałę – Xavier Sabata w roli Ottona miał niezbyt dobry początek, choć już tam pokazywał, że interpretuję tę rolę ciekawie. Rozśpiewał się w drugim i trzecim akcie. Co prawda to przeciwieństwo Agrypiny śpiewanej przez Ann Hallenberg – dynamicznej, pełnej energii, intryg, przerysowanej. Ale liryczny kochanek, którego arie są pełne subtelności – to zupełnie inny model wrażliwości, o wiele mniej gwiazdorski.

W drobnych rolach wyróżniał się Pallante – Ugo Guagliardo – rola mała, ale swoboda, swoisty czar (o ile tak można określić rolę męską), a zwłaszcza kontrast z Narcyzem – kontraltem Mileną Storti (także w arii Junony), co prawda również chętnie grającą swoją rolę (trochę zawstydzonego, trochę sztucznego Narcyza), ale z wyraźnie słabszym głosem, którym trudniej artystka operowała. Mała, solidna, ale bez miejsc do popisu i błyśnięcia była rola Roberto Abandnazy.

Śpiewakom towarzyszyła Europa Galante pod kierunkiem Fabio Biondiego. Raczej solidna tego wieczoru, niż błyskotliwa. Trochę szkoda mi było instrumentów dętych – wyłapywałem je z przyjemnością, ale i z pewną trudnością, gdyż ukryte za orkiestrą smyczkową i śpiewakami nie były dobrze słyszalne w akustyce Teatru im. Juliusza Słowackiego.

Zapewne można było oczekiwać więcej i czuć się rozczarowanym. Ja rozczarowany nie byłem, po prostu cieszyłem się przypomnieniem efektownej opery.

niedziela, 06 kwietnia 2008
"Eurydyka" Periego w Chorzowie
III Festiwal Muzyki Dawnej im. G.G. Gorczyckiego rozpoczęło wykonanie "Eurydyki" Jacopo Periego -- najstarszej zachowanej opery (prapremiera: Florencja, 1600). Zpewne było to pierwsze na Śląsku i jedno z nielicznych (trzech?) w Polsce. Wykonanie było półamatorskie, ale nie przeszkadzało to operze -- amatorska reżyseria miała swój wdzięk, a Peri pisał swoją operę w czasach, gdy śpiewało się naturalnymi głosami.
niedziela, 13 stycznia 2008
Studenckie „Wesele Figara”
Akademia Muzyczna im. Karola Szymanowskiego i School of Music z University of Louisville przygotowały "Wesele Figara", które wystawiono w Oprze Śląskiej.
piątek, 15 grudnia 2006
"Cosi fan tutte" (po polsku) w Bytomiu
Bytom, dn. 14 grudnia 2006

W ramach "Tygodnia Mozartowskiego" wybrałem się na "Cosí fan tutte" Mozarta. Nie odstraszyły mnie wieści, że śpiewają po polsku; ani że to Opera Śląska, w której najlepiej wychodzi oprawa plastyczna. Nie odstraszyły, bo "Cosí fan tutte" to pierwsza opera, która mnie zafascynowała, pierwsza w której dotarła do mnie treść. Często się wydaje, że treść w operze jest nieważna, że libretta są po prostu głupie i bezsensowne. Tymczasem (zwykle) trzeba przystać na pewne braki logii i konsekwencji, bo opera rozgrywa się (zwykle) gdzie indziej - na styku dramatu z muzyką, najczęściej w zakresie ludzkich emocji. Te powinny być już prawdziwe i szczere.

Ale w "Cosí fan tutte" nie od razu dotarły do mnie wszystkie emocje. "Cosí" po prostu mnie rozbawiło, jak to opera komiczna. Wszystko zaczęło się od tej sceny, gdy Don Alfonso po raz pierwszy rozmawia z Despiną o zadaniu dla niej (Don Alfonso widząc Despinę: Och! Despina: Eee! Don Alfonso: Moja droga Despino, potrzebuję cię. Despina: A ja cię wcale nie potrzebuję. Don Alfonso: Chcę dla ciebie czegoś dobrego. Despina: Młodej dziewczynie jak ja, stary mężczyzna jak ty, nie może zrobić niczego. - ale to trzeba słyszeć dobrze zagrane.)

I do dzisiaj "Cosí" zostało jedną z moich ulubionych oper. Może nawet ulubioną, choć ostatnio następuje u mnie pewien przesyt wywołujący chęć poszukania innej opery-ulubienicy. Niemniej "przesyt" oznaczał opery oglądane na DVD, albo słuchane z płyt, nie zaś oglądane na żywo. I właśnie "Cosí" na żywo było moim marzeniem i obiektem tęsknego spojrzenia na plakaty Opery Śląskiej. Aż się doczekałem.

Spektakl śpiewano po polsku - to okazało się prawdą. I nie dotyczyło to tylko recytatywów jak zapowiedziano w programie, ale całej opery, poza jednym numerem (ale w tej chwili nie mogę go zlokalizować, może dlatego, że nie pamiętam kto poza Ferrandem i Guglielmem w nim występował). Wykorzystano przekład Włodzimierza Ormickiego, który zadziwiająco dobrze pasował do muzyki, ale trochę spłaszczał i banalizował tekst - o ile to możliwe. Na przykład uroczy "arabski feniks" stał się "takim skarbem". Zresztą śpiewanie po polsku było trudem daremnym - i tak niewiele dało się zrozumieć, tym bardziej, że w "Cosí" dominują numery zbiorowe (od duetu w górę), gdzie głosy się łączą i słowa nikną. Zresztą świadczyło o tym wymownie zachowanie części publiczności (zwłaszcza osób starszych i słabo słyszących), które pytały się sąsiadów, lub obsługi, co jest co, gdyż się zupełnie pogubiły i nie rozumiały słów.

Że zwykłem streszczać opery, więc niech i teraz tak będzie. W operze (autorski pomysł librecisty - Lorenza da Ponte, podobno jakąś autentyczną anegdotką zainspirowany) mamy dwie pary kochanków (w tym spektaklu dosyć ten aspekt erotyczny podkreślono, każąc w pierwszej scenie pannom wystąpić podczas spotkania z kochankami w halkach... efekt nie najlepszy, bo o ile dawne suknie tuszowały wady figury, to halki podkreśliły je wyraźnie i to jeszcze na starcie) - Ferranda i Dorabellę, oraz Guglielma i Fiordiligi. Przy czym panny są siostrami, a panowie - oficerami i przyjaciółmi. Miejsce akcji - Włochy, czas - XVIII wiek (ale to wszystko jest bardzo umowne). Kawalerowie są pewni głębokiej miłości i wierności panien, w przeciwieństwie do ich przyjaciela - Don Alfonso, starszego, trochę cynicznego (ale ten cynizm to tylko życiowa mądrość) pana, który twierdzi, że kobiety są z natury niewierne i tyle. Dochodzi do sprzeczki, która zamiast pojedynku kończy się zakładem - jeśli Don Alfonso sprawi, że do wieczora obie panny zakochają się w innych tak, że będą gotowe oddać im rękę, panowie zapłacą po 1000 cekinów. Panowie na to przystają i obiecują pełną dyspozycyjność.

Pierwszy punkt planu Don Alfono, to wysłać panów "na wojnę". Dorabella i Fiordiligi załamują ręce i bardzo teatralnie cierpią, obawiając się o życie ukochanych. Tym lepiej - zaciera ręce Don Alfonso - czym więcej teatru, tym bardziej powierzchowne jest uczucie.

Punkt drugi: pojawiają się 'atrakcyjni' (finansowo) kawalerowie ze Wschodu w orientalnych ('albańskich') strojach. Są nimi oczywiście Guglielmo i Ferrando, tyle że przebrani dla niepoznania. Don Alfonso ma jeszcze jedną obawę i nadzieję - chodzi o Despinę (patrz wyżej) służącą panien. Despina jest sprytna - jako sojuszniczka wiele mogłaby pomóc, ale gdyby nią nie została, a panów rozpoznała... Cały plan mógłby spalić na panewce Despina panów nie rozpoznaje (wiele osób miało tu pretensje do libretta opery) i wspiera czynem i słowem ich zaloty. Pierwsza próba kończy się jednak porażką - panny wypędzają deklarujących miłość intruzów.

Druga próba jest jeszcze bardziej infantylna - panowie udają próbę samobójstwa z miłości, a ratuje ich magnetycznym kamieniem (zgodnie z zasadami doktora Mesmera) Despina przebrana za lekarza. Panny rzeczywiście okazują nieszczęśnikom pełne miłosierdzie, ale na całusa nie już przystają.

Pannom jednak głowach miesza Despina, która śpiewa o tym, że trzeba się zabawić z nowymi kochankami, skoro starzy są daleko, że trzeba "być kobietą", a
Kobieta w wieku piętnastu lat,
Musie wiedzieć, co modne jest,
Gdzie ogon swój diabeł chowa,
Co jest dobre, a co jest złe.
Musi znać ścieżki uwodzenia,
Według których amanci zakochują się,
Udawać śmiech, udawać łzy,
Wymyślać zgrabne wymówki.
Musi w każdej chwili
Zwracać uwagę na setkę mężczyzn,
Swymi oczami
Mówić z tysiącem,
Zachęcać wszystkich,
Przystojnych i brzydkich,
Wiedzieć jak skrywać [myśli]
Bez zmieszania;
Bez rumieńców
Wiedzieć jak kłamać,
I jak królowa na swym wzniosłym tronie,
Z "ja mogę, ja chcę',
Zmuszać do posłuchu.[*]

Tak naucza Despina. I Dorabella okazuje się pojętną uczennicą - panny dzielą się zalotnikami "na opak" w porównaniu do związków z poprzedniego dnia.

Do spotkania dochodzi w ogrodzie. I Dorabella łatwo ulega, oddając portret ukochanego i przyjmując w zamian 'serce'. Tymczasem Fiordiligi jeszcze się broni. Powoduje to wybuch bólu u Ferranda (ale on wciąż kocha Dorabellę) i triumfy samooceny Guglielma, połączone ze spojrzeniem na kobiety z góry. Ale i Ferrando ma teraz dodatkowy powód do działań, a Fiordiligi chce się przebrać w mundur i dołączyć do ukochanego na polu bitwy - to jej ostatnia, wzruszająca próba obrony miłości, gdy spostrzega, że zakochuje się w kimś obcym.

Obie panny ulegają, a panowie chcą już nimi wzgardzić, gdy Don Alfonso przekonuje ich, że po pierwsze, tak czynią wszystkie (tytułowe "cosí fan tutte"), a po drugie najlepszą karą będzie... ślub. Ale nie może to się odbyć tak po prostu. Najpierw aranżuje się wesele z "Albańczykami" i tę ceremonię ślubną przerywa przybycie obu kochanków (oczywiście muszą oni sprytnie wchodzić i wychodzić, przy tym się przebierając) - miejsce ukrycia "Albańczyków" zostaje odkryte, a panowie demonstrują kim byli, szybko doprowadzając do połączenia właściwych par (choć, jak niedawno pisałem, muzyka sugerować ma, że to nie do końca tak, i że te pary z eksperymentu Don Alfonso też się łączą...). Następuje finał.

* * *

Spektakl odbył się w Sali koncertowej im. Adama Didura. Na początku miałem do niej pewne uprzedzenia (to nie sala operowa, scena była tylko zaimprowizowana bez maszyn teatralnych, orkiestra siedziała po lewej stronie sali, obok publiczności, klawesyn stał przy scenie po prawej stronie; miejsca (a wcale wygodne i obszerne krzesła!) nie były numerowane). Potem jednak uznałem ją za największy atut przedstawienia i piszę to bez ironii - lubię taką kameralną, bezpretensjonalną atmosferę; lubię teatralną umowność i jeszcze lubię gdy wykonawcy są "na wyciągnięcie dłoni". Zresztą muszę przyznać, że świetnie było słychać i nawet boczne ustawienie orkiestry nie przeszkadzało.

Reżyseria (Henryka Konwińskiego; dekoracje i kostiumy: Barbara Jankowska) nawiązywała do strojów z epoki i była (trochę to warunki wymuszały), tyleż bezpretensjonalna, co skromna. Podobnie jak scenografia. Muszę jednak powiedzieć, że choć dzięki znanym mi realizacjom na DVD wiem, jak niektóre rzeczy można było pokazać atrakcyjniej i zabawniej, to realizacja miała bardzo dużo uroku.

Najbardziej zdziwiła mnie szybkość przekonania Dorabelli do pomysłu znalezienia sobie kochanka. Wg libretta ona pierwsza ulega, ale tu już w pierwszym akcie, Guglielmo próbujący się dobrać pod spódnicę Fiordiligi śpiewającej, że ona wytrwa "jak ta skała" (próba spowodowała jej ucieczkę), prowokuje Dorabellę do podejścia tak, by mógł spróbować się dostać pod jej spódnicę. I to z prowokatorskim kręceniem się przy nim.

Może tylko jedna uwaga krytyczna do reżyserii: w ostatniej scenie panowie powinni wyskoczyć w połowie przebrani za "Albańczyków", tymczasem wyskoczyli w swoich własnych strojach "oficerskich" (ja bym powiedział, że generalskich, a Guglielmo gestami udawał wprost Napoleona), tylko dając do zrozumienia, że wszystko wiedzą. Trochę mi tej przebieranki zabrakło.

O ile zwykle jestem fanem Fiordiligi, której wahania są bardzo wzruszające, i której osobowość jest głębsza, to tym razem byłem po stronie Dorabelli. Czegóż to nie zmienia miła kobieca twarz? Poza tym Magdalena Spytek śpiewająca tę partię śpiewała wyraźnie i precyzyjniej niż Fiordiligi, więcej też grała. I tego wrażenia nawet nie psuła jej figura w halce (zresztą w porównaniu z Fiordiligi wcale nie gorsza).

Kolejną osobę, którą miałbym ochotę wyróżnić, to Guglielmo, czyli Włodzimierz Skalski. Wyróżnia się wśród śpiewaków bytomskich poczuciem humoru (może nie najlepszym, ale zawsze), do tego śpiewał wyraźnie i dobrze.

Na tym tle para Fiordiligi (Barbara Stryjecka) i Ferrando (Feliks Widera) wypadała dużo, dużo słabiej. Ani śpiew, ani gra aktorska mnie nie zachwycały. I najbardziej daremny z daremnych trudów, by zrozumieć co śpiewają, bo dykcja w ariach pozostawiała wiele do życzenia.

Ciekawiej wypadł Don Alfonso, czyli Michał Szopa, może głosowo nie ideał, ale niezły i z dobrą dykcją. Ciekawostką było obsadzenie młodszego śpiewaka w tej roli (idę o zakład, że młodszego od Feliksa Widery, czy Barbary Stryjeckiej, a może nawet od Włodzimierza Skalskiego) - w dodatku z młodzieńczą bródką i wąsikiem. Rola ta nabrała osobliwego zabarwienia w tym momencie, ze "śliskim", jeszcze bardziej cynicznym i trochę "młodzieńczo-złotym" Don Alfonsem.

Rolę Despiny śpiewała Mariola Płazak-Ścibich. Może dykcja nie idealna, ale całkiem dobry głos i osobowość sceniczna, a Despina to postać charakterystyczna i lubiana, i Mariola Płazak-Ścibich zdobyła dla niej sympatię.

Chór trochę się niepotrzebnie dużo kręci po scenie (a scena ciasna), ale poza tą nadaktywnością uwag nie mam.

Orkiestra pod kierunkiem Piotra Warzechy... cóż, nie jestem fanem Orkiestry Opery Śląskiej. Jest ona mała i niedoskonała. Ale tym razem zagrali przyzwoicie, wcale udane były partie instrumentów dętych - można się było porozkoszować chwilami instrumentacją Mozarta, a w "Cosí fan tutte", gdzie ciągle Mozart nam pokazuje jak można atrakcyjnie ten, czy ów instrument wykorzystać, jest się czym rozkoszować.

Poza tym... czy ja mam prawo narzekać na spektakl, gdy świetnie się czułem na sali, gdy w końcówce coś we mnie "zaskoczyło" i przeżywałem emocje bohaterów z zaangażowaniem, a nie tylko "chłodną postawą krytyka"? Gdy wreszcie dostałem bilet ulgowy, choć mi nie przysługiwał, z niezrozumiałego kaprysu pana biletera oszczędzając 12 złotych? No właśnie - więc nie narzekam!


PS. Zapomniałbym, że zupełnie postawa pewien pani słuchaczki (starszej zresztą) o mało nie zwaliła mnie z krzesła. W pierwszym akcie tej pani (siedzącej w moim rzędzie) zadzwonił telefon. Nie odebrała, nie wyłączyła, tylko mocniej zacisnęła torebkę. Dobrze, trafia się, że ktoś wyłączyć zapomni. Ale to samo powtarzało się w drugim akcie (a przecież tym razem to musiała pamiętać, że dzwoniący telefon będzie przeszkadzać!). W dodatku pani nie miała do siebie najmniejszych pretensji, a jedynie do... osoby dzwoniącej. No bo gdyby zostawiła numer telefonu, to pani oddzwoniłaby w przerwie i nie byłoby problemu...

Nawiasem mówiąc komórki upowszechniły się także wśród emerytów. Niestety. Młodzież już się nauczyła, że nie wszędzie wypada mieć komórkę włączoną i nie czyta SMSów w czasie przedstawienia...

PS. W galerii zdjęć Opery Śląskiej można znaleźć fotografie z "Cosi fan tutte". Pierwsze osiem fotografii oddaje przybliżony skład przedstawienia, na którym byłem (z wyjątkiem Don Alfonso).

[*] Roboczy, dość dosłowny przekład z tłumaczenia angielskiego.