Blog poświęcony relacjom z wydarzeń mniej lub bardziej kulturalnych. Ot, taki koncertowo-teatralno-muzealno pamiętnik amatora, który lubi w takich miejscach bywać.
sobota, 17 kwietnia 2010
Koncert żałobny

Katowice, dn. 16 kwietnia 2010 r.

To miał być inny koncert. Miał być, ale katastrofa w Smoleńsku i żałoba narodowa były ważniejsze od planów. Że śląskie podejście bardzo niechętne jest rezygnacji z koncertów (i bardzo dobrze – trudno było mi uwierzyć, że w innych regionach Polski rezygnowano z koncertów muzyki klasycznej zupełnie, a nawet jakiś rektor akademii muzycznej miał nakazać zamykanie okien, by przypadkiem dźwięki instrumentów ćwiczących studentów nie zakłóciły żałoby…).

Miał być Zemlinsky i Bartok, co zresztą ułatwił przygotowanie koncertu żałobnego – Christiane Oelze jest specjalistą od Requiem Niemieckiego Johannesa Brahmsa; a przyjazdu chóru nie trzeba było uzgadniać w ostatniej chwili.

Koncert poprzedziło zwięzłe wprowadzenie pani dyrektor – Joanny Wnuk Nazarowej – która poprosiła o nieoklaskiwanie wykonawców, dla których to również forma modlitwy za zmarłe ofiary katastrofy. I zaraz potem wykonawcy (Christiana Oelze, Chóry Filharmonii Krakowskiej i Polskiego Radia z Krakowa oraz NOSPR pod batutą Alexandra Liebreicha) wykonali Lacrimosę z Polskiego Requiem Krzysztofa Pendereckiego.

Godna, wolna Lacrimosa dobrze pasowała do następującego wkrótce po niej (bez oklasków, z krótką jednie przerwą na zamianę miejsc kilku muzyków, wydawała się wręcz celowo napisanym wstępem, tym bardziej, że charakterem dobrze pasowała do) Requiem Niemieckiego Johannesa Brahmsa.

Requiem Brahmsa nie jest klasyczną mszą żałobną – to wybór tekstów biblijnych poświęconych śmierci w języku niemieckim (Brahms, wielki zwolennik Otto von Bismarcka i zjednoczenia Niemiec, bardzo pragnął by był to utwór jednoczący ludzi ponad podziałami wyznaniowymi, łączący katolików i protestantów, tyle że zjednoczenie odbywa się na gruncie narodowym, co nas, Polaków, może irytować – utwór jest jednak tak piękny i wzniosły, że ewentualne uwagi tego typu już wybrzmiały, a utwór połączył melomanów, nie tylko niemieckich).

Requiem niemieckie składa się z siedmiu części – prawie każda jest monumentalnym – począwszy od Selig sind, die da Leid tragen, po którym następuje gwałtowne Denn aless Fleisch, es ist wie Gras (w Requiem Niemieckim nie ma Dies Irae, charakterem najbardziej przypomina tę sekwencję właśnie ta część, jednak kładzie ona nacisk nie na lęk przed Sądem Ostatecznym, lecz na samo przemijanie, co odpowiednio ją barwi). Kolejna część – Herr, lehre doch mich, daß ein Ende mit mir haben muß – rozpoczyna się poruszającym śpiewem barytonu, który wzywa Boga. (Niestety, nie siedziałem „dobrze”, co zwykle nie przeszkadzało w odbiorze tak monumentalnej muzyki, tym razem nie przeszkadzało także rozkoszować się dźwiękiem instrumentów dętych drewnianych; jednak akurat głos barytonu – Stephana Genz – nie niósł się najlepiej… a szkoda, bo śpiew był wybitny…) Kolejna (Wie lieblisch sind deine Wohnungen, Herr Zebaoch) część zmienia częściowo nastrój, skupiając się na obrazie zaświatów, po niej zaś pojawia się sopran w Ihr habt mir Traurigkeit (to dwie najkrótsze części Niemieckiego Requiem). Kończą zaś znowu dwie części pełne rozmachu – Denn wir haben hie keine bleibende Statt (z dialogiem między barytonem, a chórem, na temat przyszłego życia) i Selig sind die Toten, die in dem Herren sterben – doskonale oddający zapowiedzianą przez panią dyrektor atmosferę modlitwy za zmarłych.

Muzyka wybrzmiała. Zapadła cisza. Płynął czas. Dopiero po dobrej chwili chór, cicho, złożył nuty. To był znak dla słuchaczy, by wstać i oddać chwilą ciszy hołd zmarłym, a następnie, wciąż w ciszy, rozejść się do domów.

piątek, 09 kwietnia 2010
Jak to Saksończycy chcą być Włochami (i odwrotnie)

Kraków, dn. 4 kwietnia 2010 r.

Misteria Paschalia – festiwal ze znakomitym programem, tak blisko, na wyciągnięcie niemal ręki (czyli: dojazd bez większych problemów i powrót w środku nocy). Coś musi psuć to szczęście. Oczywiście, bilety nie są tanie (choć nie tak wiele droższe od tych na Wratislavię, gdy program Misteriów Paschaliów coraz lepszy), ale większym problemem jest sam termin – ten sam termin, który pozwolił sprowadzić najwybitniejszych artystów w swojej ‘klasie’ (praktycznie muzyka dawna do baroku włącznie), „wolnych” ze względu na Święta. Przynajmniej ja wolę Święta spędzać w domu – ale amatorów jest wielu. A i mieszkańcy Krakowa mają łatwiej.

Wybrałem się pierwszy raz. Bo Giovanni Antonini i jego Il Giardino Armonico. Bo Jerzy Fryderyk Händel i jego oratorium La Resurrezione. Bo Wielkanocny wieczór, czyli już prawie po Świętach. Wszystko to po trochu.

La Resurrezione (świetnie dobrane oratorium do przypadającego Święta) to dzieło młodzieńcze (Händel miał 23 lata i przebywał we Włoszech – młodzieńcze, ale przecież Agrippinę, czy Dixit Dominus pisał w tym samym okresie, a to dzieła wielkie), a więc i Händel nie jest jeszcze tym kompozytorem, którego kojarzy się z dojrzałych dzieł. To raczej „dobrze odrobiona lekcja u Corellego i (Alessandro) Scarlattiego” (a więc także typ oratorium włoskiego – tylko dwa chóry, a końcu części, reszta to włoskie arie i recytatywy).

La Resurrezione to dwie części (dłuższa z dwoma scenami i krótsza z… trzema) – razem około dwóch godzin muzyki (części przedzielała 20 minutowa przerwa). Dwie części wypełnione brawurowym wykonaniem. Najbardziej zadowolony byłem z orkiestry – Il Giardino Armonico to świetny zespół, pod pewnymi względami pojawiły się może lepsze włoskie zespoły wyspecjalizowane we włoskim baroku, ale IGA nadal należy do najlepszych, należy też do najbardziej kreatywnych.

Soliści też byli znakomici, ale czasami wydawali się przytłoczeni przez orkiestrę, stojącą przed nimi – zwłaszcza, gdy przyszło im bardzo szybko wyrzucać z siebie słowa (a młodziutki Händel lubił takie popisy!). Najbardziej podobały mi się obie sopranistki – Maria Espada (którą już słuchałem w czasie jej katowickiego koncertu ze znakomitą Wenecką Orkiestrą Barokową) śpiewająca rolę Anioła, oraz Roberta Invernizzi w roli Marii Magdaleny. Marina De Liso (alt) śpiewająca rolę Marii Kleofasowej, cechowała się ciekawym brzmieniem, gdy przyszło jej okazywać dramatyzm brała świetnie, ale ustępowała swoim koleżankom. Tenorowi – Jeremy’emu Ovendenowi – obrywało się za manieryczność, na pewno brakowało mu (w roli św. Jana) pewnej wyrazistości. Czego nie można powiedzieć o Luce Pisaroni – zadziwiająco dobrym basie w roli Lucyfera. Choć może tu warto zauważyć, że libretto (z konfliktem Anioła-Lucyfera, oraz rozważaniami Marii Magdaleny, Marii Kleofasowej i św. Jana) szczególnie „mądre” nie jest, a postacie nie posiadają wyrazistej osobowości (może poza Aniołem i Lucyferem, zwłaszcza tym ostatnim trochę karykaturalnym).

Giovanni Antonini prowadził orkiestrę i solistów świetnie, w jednym numerze także z… fletu. (Pierwszy raz widziałem dyrygowanie połączone z grą na flecie – Koleżanka (ukłony!) zauważyła, że wyglądał jak zaklinacz węży.) A to, czego najbardziej brakowało to… chóry – trochę tej równowagi form w tym oratorium zabrakło.

niedziela, 21 lutego 2010
Poranek Chopinowski

Katowice, dn. 21 lutego 2010 r.

Poranek symfoniczny poświęcono przypadającej następnego dnia 200 rocznicy urodzin Fryderyka Chopina, tak by mógł on inaugurować Rok Chopinowski w koncertach Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Co prawda data urodzin Fryderyka Chopina jest sporna, ale przecież chodzi o pretekst do przypomnienia jego mniej znanej twórczości, a nie ustalenie faktu historycznego.

Koncert rozpoczynało wprowadzenie – tym razem w roli wprowadzającej wystąpiła Violetta Rotter-Kozera, chyba debiutująca w tej roli na porankach NOSPR. Pomogła sobie jednak prosząc o wypowiedzi solistów, oraz Maestro Jerzego Maksymiuka, który dyrygował w tę niedzielę utworami na fortepian i orkiestrę Fryderyka Chopina.

Rozmówcy zachwycali się muzyką Fryderyka Chopina, a Maestro Maksymiuk żałował, że „nie urodził się w czasach Mozarta (sic!) i nie mógł napisać, »Mistrzu z Nieba nam zesłany, prosimy, napisz jeszcze trzeci koncert!«” (który to 3. Koncert powracał w wypowiedziach Maestra Maksymiuka (a Violetta Rotter-Kozera rozmawiała z nim chyba w każdej przerwie między utworami) z niesłabnącą nadzieją, że może jeszcze jednak uda się go jakoś z zaświatów zesłać, a Maestro Maksymiuk podejmuje się go spisać). Pierwszym z prezentowanych utworów zachwyty wydawały się jednak trochę na wyrost, przynajmniej te dotyczące partii orkiestrowej – było to Andante spianato i Wielki Polonez Es-dur op. 22, gdzie po wolnym Andante spianato (fortepian solo) przychodził czas na polonez (w stylu brillant), z towarzyszeniem wyjątkowo nieciekawej orkiestry.

A grał, zestresowany (sic!) Janusz Olejniczak, który jednocześnie twierdził, że ten młodzieńczy Chopin jest wyjątkowo trudny („wolałbym wykonać oba koncerty fortepianowe niż jeden Wielki Polonez”), oraz że chętnie by się poprawił i… zagrał jeszcze raz. Choć przyznaję, że nie wiem, co tam było nie tak. Nie przeszkodziło to jednak w efektownym bisie – Scherzu b-moll.

Kolejnym utworem była Fantazja A-dur na tematy polskie op. 13, składająca się z trzech części – pierwszej opartej na temacie „Laury i Filona”, części drugiej – dumki, oraz kujawiaka. Tu nie miałem problemów ze słowami Jerzego Maksymiuka, że także partii orkiestrowej nie da się poprawić – rzeczywiście – współistnienie obu partii, ich powiązania, harmonie, to wszystko było perfekcyjne, nawet jeśli, jak to u Fryderyka Chopina, to fortepian pozostawał najważniejszy.

W Fantazji A-dur wystąpiła Ewa Pobłocka.

Ostatnim planowanym utworem były Wariacje B-dur na temat La ci darem la mano, utwór ukazujący fascynację Fryderyka Chopina stylem operowym, w którym połączył swój styl, ze stylem wielkiego mistrza – Wolfganga Amadeusza Mozarta. Utwór, który jest słynny nie tyle przez swoje wykonania (wszystkie prezentowane utwory mają do nich pecha – Jerzy Maksymiuk tłumaczył to ich długością, właściwie to utwory do bisowania, które nie bardzo przystają do programów koncertowych; można zapewne jeszcze dodać, że są to utwory wywodzące się z kultury koncertowej dość odległej od dzisiejszej, co wcale im nie pomaga), co z faktu, iż to właśnie on wywołał słynny komentarz Roberta Schumanna na temat Fryderyka Chopina – „Kapelusze z głów, panowie, oto geniusz!”. Wariacje składają się z Wprowadzenia, Tematu, kolejnych pięciu wariacji, które kończy Alla Polacca.

W tym utworze wystąpił Krzysztof Jabłoński, który także wykonał bis – Polonez As-dur, wywołując nim owacje.

Dzięki bisom, oraz rozmowom z wykonawcami, bardzo szybko upłynęła godzina i czterdzieści minut – to najdłuższy poranek jaki pamiętam (nie byłem jednak na poranku styczniowym), a to wszystko mimo braku czwartego planowanego utworu – Ronda à la Krakowiak F-dur, którego nie można było wykonać, ze względu na problemy zdrowotne Wojciecha Świtały (który miał się poczuć źle dwie godziny przed koncertem).

Romantycznie?

Katowice, dn. 19 lutego 2010 r.

Koncert zatytułowano bodajże „Romantycznie”. Bodajże, bo takie słówko wpadło mi w oko na plakacie zapowiadającym, ale już nie w programie koncertu, co każe zadać sobie pytanie, czy ja w pośpiechu nie przeczytałem czegoś opacznie.

„Romantycznie” to słowo całkiem dobre, zwłaszcza ze względu na dwa utwory Feliksa Mendelssohna Bartholdy’ego, które otwierały koncert – uwerturę Ruy Blas op. 95 i Koncert skrzypcowy e-moll op. 64.

Rozpoczynał Ruy Blas – uwertura do dramatu Victora Hugo, którego Mendelssohn miał nie lubić, a przynajmniej nie mieć chęci do komponowania czegokolwiek do niego. Więc i uwerturę, w końcu przymuszony, napisał pospiesznie, bez elementów ilustracyjnych. (A po napisaniu wzbraniał się przed jej wydaniem – stąd podaje się przy niej rok 1893, niemal pięćdziesiąt lat po śmierci Mendelssohna.) Co nie znaczy, że jest pozbawiona wyrazu – zwłaszcza początek z kontrastami między instrumentami dętymi blaszanymi a smyczkami, pełen jest napięć i emocji.

Dużo jednak wybitniejszym utworem jest Koncert skrzypcowy e-moll, zresztą to jeden z najpopularniejszych koncertów skrzypcowych w dziejach gatunku. Tym razem na scenie wystąpił Jakub Jakowicz. I próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio słyszałem tak pięknie wykonany koncert skrzypcowy. Próbuję i ciężko mi to przychodzi. Było w tym wszystko – i subtelność, i ekspresja. Najbardziej podobała mi się część pierwsza – Allegro molto appassionato. Subtelne Andante zostało powtórzone jako bis. (Zapowiedziane wcale poprawnie po polsku przez dyrygenta – Brytyjczyka Stephena Ellery.) Przed zaś Allegretto non troppo – Allegro molto vivace – nastąpiła przerwa na strojenie skrzypiec solisty (który scenicznym szeptem przeprosił, czego nie pamiętam, ale co, o dziwo, nie przeszkadzało w odbiorze). Brawa były gorące i spontaniczne. (Także po bisie.)

Po przerwie przyszedł czas na Fontanne di Roma (Fontanny rzymskie) Ottorino Respighiego, najkrótsze dzieło z Rzymskiej Trylogii (Pinie rzymskie; Fontanny rzymskie; Święta rzymskie), bo liczące sobie kilkanaście minut z czterema częściami (granymi bez przerwy), poświęconymi czterem różnym fontannom (i czterem porom dnia, dodajmy – ciepłego dnia ,z bogatym życiem rzymskiej fauny): Andante mosso ("La fontana di Valle Giulia all'Alba" – Fontanna Valle Giulia all’Alba o świcie); Vivo ("La fontana del Tritone al mattino" – Fontanna Trytona o poranku); Allegro moderato („La fontana di Trevi al meriggio" – Fontanna di Trevi w południe); Andante („La fontana di Villa Medici al tramonto” – fontanna Villi Medici o zmierzchu). Jak tu u Respighiego zwykle bywa, muzyka została efektownie i bogato zinstrumentowana – w skład orkiestry wchodzą m.in. czelesta (o ile to możliwe także organy), które wraz z dwoma harfami chyba najlepiej oddają żywioł wody).

Utwór z 1917 roku wielu słuchaczom wciąż wydawał się nowoczesny… Co trudno zrozumieć, choć z drugiej strony, skoro typowy repertuar to częściej Mendelssohn niż nawet Mahler, o Martinu nie wspominając, to rzeczywiście, wyjątkowo nowoczesna muzyka dla przeciętnego słuchacza filharmonii.

sobota, 30 stycznia 2010
Neoklasycyzm i Cherubini

Katowice, dn. 29 stycznia 2010 r.

Frekwencja tym razem była niższa niż poprzednio. Ale trudno się dziwić – muzyka XX wieku nie ma wielu amatorów, a Cherubini był bardziej znany i ceniony przez Beethovena niż współczesnych słuchaczy (choć bywalcy wiedzieli kto zacz).

Koncert, któremu towarzyszyła „promocja” najnowszej płyty Filharmonii Śląskiej (rejestracja programu z pierwszego koncertu – muzyki Bolesława Szabelskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Eugeniusza Knapika; płyty z autografami autorów (oczywiście Góreckiego i Knapika, jako żyjących), w wyjątkowej cenie 12 zł) rozpoczynał się utworem „z płyty” – Toccatą z Suity na orkiestrę op. 10 Bolesława Szabelskiego z 1936 roku. Utwór (jak i kolejny) stanowi dobry przykład neoklasycyzmu – dla moich sąsiadów było zaskakujące, że utwór, brzmiący względnie nowocześnie, powstał w Polsce jeszcze przed drugą wojną światową.

Kolejny utwór również utrzymany był nurcie neoklasycyzmu – był to Koncert fortepianowy Michała Spisaka, polskiego niepełnosprawnego (po chorobie Heinego-Medina) kompozytorze, z roku 1947. Jak na neoklasycyzm przystało, utwór w tradycyjnej, trzyczęściowej formie, przy czym określenia części nawiązują także do baroku – są to: Toccata – allegro; Passacaglia – adagio; Rondo – allegro.

Utwór jest sprawnie napisany (‘klarowny’) i zwarty – jak na neoklasycyzm przystało. Może tylko środkowa część mnie rozczarowała – po passacaglii oczekiwałem czegoś więcej, to zresztą jedyna część w tym krótkim koncercie, która wydała mi się nieco za długa. Takich uwag nie miałem do obu części skrajnych. A sama muzyka? Raczej sprawna, nieco odkrywcza – nie miałbym nic przeciwko temu, by muzyka zapomnianego wyraźnie Michała Spisaka częściej gościła w Filharmonii.

A na fortepianie zagrała Monika Sikorska-Wojtacha.

Po krótkiej pierwszej części wieczoru i przerwie, przyszedł czas na dość krótką część drugą – Requiem c-moll Luigi Cherubiniego, napisane (po restauracji Burbonów) dla Ludwika XVI. Utwór napisany na chór i orkiestrę, co jest o tyle istotne, że niewiele w nim nawiązań do stylu ówczesnej opery (właściwie jedynie trochę ‘teatru’ na początku Dies Irae), który kojarzymy z mszy Mozarta, Haydna, a nawet Missa Solemnis Beethovena. Brakuje np. zupełnie solistów, a chór, mimo wielogłosowości, wydaje się masywny. Temu Requiem jakby nieco bliżej do Verdiego niż Mozarta, choć w samym wyrazie – Faurego, bo nie ma tu ani jakiejś szczególnej wiary w Zbawienie z jednej strony, ani obezwładniającego strachu przed śmiercią i karą – jedynie godna, żałobna zaduma.

Requiem składa się z tradycyjnych części – Introitus et Kyrie: Requiem Aeternam; Graduale: Requiem Aeternam; Dies Irae; Offertorium: Domine Jesu Christe; Sanctus; Pie Jesu; Agnus Dei i trwa ponad czterdzieści minut (w przybliżeniu więcej niż oba utwory z pierwszej części razem wzięte). Miałem wrażenie pewnej jednolitości… ale to mogła być także zasługa prowadzącego piątkowy koncert Jana Wincentego Hawela – prawie cały czas miałem wrażenie, że muzycy grają (a później także chór śpiewa) forte, bez rozróżnienia utworu i części.

Grała Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej, śpiewał Chór Filharmonii Śląskiej przygotowany przez Jarosława Wolnianina.

sobota, 23 stycznia 2010
Wiosna uświęcona

Katowice, dn. 22 stycznia 2010 r.

Filharmonijny sąsiad zdziwiony przywitał mnie stwierdzeniem, że na koncertach jest coraz więcej słuchaczy. Czy „coraz więcej”, to należałoby dłużej i ściślej obserwować frekwencję. Ale rzeczywiście, na ‘wydarzenie stycznia’ (jak Filharmonia Śląska reklamowała koncert) przybyło sporo słuchaczy, w tym wcale duży odsetek młodzieży.

A atrakcją, która ściągnęła słuchaczy był zapewne amerykański pianista Brian Ganz, który wykonał Koncert fortepianowy a-moll op. 16, jeden z najpopularniejszych koncertów fortepianowych. I trudno mi się dziwić – Brian Ganz wykonał partię fortepianową bardzo ekspresyjnie i bardzo romantycznie, muszę powiedzieć, że dawno już koncert fortepianowy nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia, właśnie jeśli chodzi o grę solisty, zwłaszcza w częściach zewnętrznych – Allegro molto moderato i Allegro molto e marcato. Trochę słabiej ten styl pasował do środkowego Adagia.

Brawa odpowiadały wykonaniu (choć słyszałem już burzliwsze… ale głównie wtedy, gdy nazwiska były bardziej znane), solista zaś bez większych ceregieli dał się wywołać do bisu, który poprzedził przemową o tym, że bardzo cieszy go, iż jest w Polsce (choć jednocześnie żałuje, że nie zna polskiego), gdyż jego pierwszą miłością i pasją był, i pozostaje do dzisiaj, Chopin. I na bis zagrał, z dużym wdziękiem, Mazurka op. 17, nr 4 Fryderyka Chopina.

Po przerwie (sądząc po zdjęciach Filharmonii, spotkał się na niej Brian Ganz z prof. Andrzejem Jasińskim) Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej pod kierunkiem Mirosława Jacka Błaszczyka wykonała Święto wiosny Igora Strawińskiego. Muzyka Strawińskiego wciąż pozostaje świeża, pełna brutalnej siły – nieźle przysłużyła się jej także Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej (dobry początek, co prawda koniec pierwszej części słabszy, ale zasadniczo – z koncertu byłem bardzo zadowolony).

Wiosenna ofiara została więc złożona, mimo licznych dźwięków autoalarmów dobiegających z zaparkowanych na ulicy Sokolskiej. Skoro wiosna już uświęcona, pozostaje czekać na to, by pojawiła się i za oknami.

sobota, 16 stycznia 2010
Rosyjski koncert NOSPR

Katowice, dn. 15 stycznia 2010 r.

Wbrew sugestiom, które napłynęły po moich niechętnych reakcjach na poprzednim wprowadzeniu do koncertu, znowu wybrałem się go posłuchać. I chyba dobrze, choć także prof. Leon Markiewicz mówił o muzyce bardzo emocjonalnie. Tym razem jednak miało to osobisty charakter. Pierwsze dwa utwory prelegent potraktował skrótowo (i ze streszczeniem Chowańszczyzny chętnie bym popolemizował, bo prof. Markiewicz skupił się właściwie na ostatnim akcie tej opery…), rozwodząc się nad ostatnim – XI Symfonią „Rok 1905” Dymitra Szostakowicza. Nie bez powodów – raz, Symfonia ta wciąż wykorzystuje ‘antycarskie’ pieśni, które śpiewali także Polacy (zresztą dziadek Szostakowicza był zesłańcem na Syberii po powstaniu styczniowym…, a same pieśni śpiewał i prof. Markiewicz na prelekcji), z drugiej strony ojciec (?) prelegenta był uczestnikiem demonstracji 22 stycznia 1905 roku (9 stycznia według kalendarza juliańskiego) i ciosy kozaków stały się dla prof. Markiewicza opowieścią rodzinną. Koncert rozpoczęła jednak nie Symfonia Szostakowicza, a trochę zmarginalizowany przy wprowadzeniu (i przez moje koncertowe sąsiadki, wprost złe, że coś takiego wprowadzono na początek programu) Świt nad rzeką Moskwą – instrumentalne wprowadzenie do pierwszego aktu opery Chowańszczyzna Modesta Musorgskiego (w instrumentacji Dymitra Szostakowicza). Sam Świt… był moim zdaniem bardzo udanym wprowadzeniem do koncertu.

Kolejnym prezentowanym utworem był IV Koncert fortepianowy g-moll op. 40 Sergiusza Rachmaninowa, dzieło powstałe podczas pobytu w Stanach (prawykonane w roku 1927, czyli kilkanaście lat po poprzednim, III Koncercie, później (1941) poprawiane) i chyba spośród Koncertów Rachmaninowa najmniej popularny. (Prof. Leon Markiewicz wręcz twierdził, że nie zna polskiego pianisty wykonującego ten Koncert, choć fakt ten przypisywał także wyzwaniom jakie on stawia przed wykonawcami). Tym razem wykonywała go rosyjska pianistka Olga Kern. (Przypadkiem wyszukałem informację, że Olga Kern, rocznik 1975, pochodzi z rodziny spokrewnionej z… Piotrem Czajkowskim oraz Sergiuszem Rachmaninowem.) Pianistka bardzo sprawna, choć spotykałem się z opiniami, że tej sprawności technicznej nie odpowiada odkrywanie przed słuchaczami treści utworu. I przyznaję, że trochę tak odbierałem ten IV Koncert – znakomite, wirtuozowskie Allegro vivace (zarówno początkowe, jak i końcowe), ale marzycielskie Largo już zimne.

Olga Kern jednak publiczności bardzo się podobała, wywołała więc ją do dwóch bisów – najpierw jeden z utworów Sergiusza Rachmaninowa, później Lot Trzmiela Nikołaja Rimskiego-Korsakowa w wersji fortepianowej Sergiusza Rachmaninowa.

Koncert, po przerwie, kończyła XI Symfonia Rok 1905 Dymitra Szostakowicza, o której tak szeroko opowiadał prof. Leon Markiewicz. Jest to symfonia programowa, bardzo tradycyjna, jeśli chodzi o środki wyrazu i formę, bardzo przy tym jednoznacznie ponura (a przecież tak wiele utworów Dymitra Szostakowicza ukazuje jego specyficzne poczucie humoru). W pierwszej części – Plac pałacowy. Adagio – „nic się nie dzieje” (by zacytować prof. Markiewicza) – ponura atmosfera, z wyczekiwaniem na zmiany. Część druga – 9 stycznia. Allegro – należy do najefektowniejszych, zwłaszcza, gdy orkiestra ukazuje kozaków atakujących zebranych. Muzykę cechuje furia, pęd – owszem, to nie cechy jakoś wyjątkowe, ale wyjątkowo udatnie tu oddane. Część trzecia to Wieczna pamięć. Adagio – powracają nastroje części I, wzbogacone o pamięć o ofiarach (z pieśnią o charakterze żałobnym, przytoczoną przez Szostakowicza). Wszystko kończy Dzwon alarmowy. Allegro non troppo, w którym prof. Leon Markiewicz widział wezwanie do walki. Tak, ale wezwanie specyficzne, kontynuujące żal nad ofiarami.

Na marginesie tej Symfonii – zadziwiała mnie instrumentacja – smyczki, wzbogacone o cztery harfy, potrafiły brzmieć przerażająco zimno, styczniowo wręcz. Gdy jesienią przesłuchiwałem symfonie Szostakowicza, XI, spokojnie wieczorem przesłuchana podobała mi się swą perfekcją. Gdy jednak kilka dni przed koncertem próbowałem ją sobie pospiesznie przypomnieć, odpychała mnie ponurym wyrazem. Przy całej swojej prostocie wymaga ona uwagi, „Szostakowiczowi nie spieszy się” (że znowu zacytuję prof. Markiewicza), ale ten wolno płynący czas wydaje się cechą konstrukcyjną tego dzieła. Trzeba mu się dać ponieść.

Brawa były bardzo obfite, a dyrygenta – Michała Klauzę – oklaskiwała chętnie także orkiestra. Rzeczywiście, o ile na początku koncertu (w pierwszych taktach Świtu nad Moskwą) miałem pretensję o nierówną, niepewną grę orkiestry, o tyle z minuty na minutę było lepiej, a XI Symfonia zabrzmiała pełnią swojego piękna.

sobota, 31 października 2009
Prawosławnie na parę dni przed Świętem Wszystkich Świętych

Katowice, dn. 30 października 2009 r.

Koniec października to w kalendarzu koncertowym zawsze okazja by wykonać coś, co już wprowadza w nastrój Wszystkich Świętych. Tym razem w Filharmonii Śląskiej było „prawosławnie”. Przez pół koncertu zastanawiałem się, po jakiemu śpiewa chór i soliści. (Mogłem się nie zastanawiać, ale zagadali mnie sąsiedzi filharmonijni i nie doczytałem w programie.) Otóż mająca tego wieczoru polską prapremierę* Liturgia św. Jana Chryzostoma Romualda Twardowskiego, to utwór wykorzystujący nieco uwspółcześniony starocerkiewnosłowiański, w wersji, którą wykorzystywany na Ukrainie w XIX wieku.

Sam kompozytor twierdzi, że osiągnął wrażenie świeżości. Być może, ale dla mnie, nienawykłego do śpiewów wywodzących się z tradycji prawosławnej, pobrzmiewała w tym przede wszystkim tradycja. Liturgia św. Jana Złotoustego (z gr. Chryzostoma) składa się z dość długiej sekwencji 17 części) - rozpoczyna wszystko Wielka litania – w wersji Romualda Twardowskiego prowadzi ją pozostający w tradycji prawosławnej bas (śpiewał Leonard Andrzej Mróz), a bierze także udział chór i tenor (Karol Balunda – tenor Chóru Filharmonii Śląskiej). Kolejne części to: Błogosław, duszo moja, Pana (za mną głos tłumaczył, że będzie „Magnificat” i zaczął go recytować po łacinie – zaczęliśmy się zirytowani rozglądać, bo to trochę rozprasza… szczęśliwie wzrok bazyliszka nie obraził… kompozytora, który podekscytowany często i gęsto tłumaczył swojemu towarzyszowi, co i jak). Kolejne części to Chwal, duszo moja, Pana, Jednorodzony Synu, W królestwie Twoim, Przyjdzie z pokłonem (dobrze oddaje pewien pośpiech przyjścia, można tu też zauważyć, że po Wielkiej litanii, aż do Litanii żarliwej, gdy pojawia się znowu bas, mamy wciąż chór mieszany), Święty Boże, Litania żarliwa (niejako powrót do rozwiązań części pierwszej – także litanii – prowadzi bas, towarzyszą mu chór i tenor), Pieśń Cherubinów, Wierzę („Credo, najtrudniejsza część” – komentował za mną kompozytor), Łaska pokoju. Tobie śpiewamy; Godnym jest, Ojcze nasz, Chwalcie Pana na wysokościach, Bądź imię Pańskie, Chwała Ojcu i Synowi, oraz Życzenia wielu lat (składa je przede wszystkim bas).

To, że nie słyszałem świeżości w Liturgii św. Jana Złotoustego mogę ‘zawdzięczać’ sobie – nie przypomniałem sobie nagrania tej liturgii, w tradycyjnej wersji śpiewanej – wyłapywałem więc nawiązania dość przypadkowo… (Zostawiam na boku fakt, że dawniej w chórach cerkiewnych nie śpiewały panie.) Spędziłem jednak interesujący wieczór na koncercie – rzadko słyszy się w Filharmonii utwory nawiązujące do tradycji prawosławnej, nawet jeśli są współczesne.

Sam utwór powstał w roku 2005 – a prapremierę światową miał podczas inauguracji XII Festiwalu Zołotowierchij Kijew w roku 2008. W piątek, w Filharmonii, podobał się (choć czasem wątpiłem, czy inni słyszeli więcej niż ja, zwłaszcza, jako że tradycja śpiewów cerkiewnych jest nam na Śląsku dość obca, a i na sali sporo było młodzieży (niekoniecznie polskiej…), która wykupiła wejściówki, przy względnie niskiej frekwencji abonamentowiczów; obok jednak samego utworu pozostaje wykonanie, a Chór Filharmonii Śląskiej jest chórem sprawnym, obaj soliści pokazali się z bardzo dobrej strony, trudno mi też mieć uwagi do dyrygującego – Czesława Freunda) – na scenę wywołano kompozytora, a chór i soliści bisowali – najpierw Chwała Ojcu i Synowi, następnie Życzenia wielu lat.

---
*) Można dodać jednak, że utwór zdążył się pokazać w Polsce na płycie, którą można było nabyć przed koncertem. Co nie było najlepszym zabiegiem marketingowym – płyta może lepiej by się sprzedawała w przerwie. Lecz przerwy nie było.

niedziela, 18 października 2009
Brazylijsko

Katowice, dn. 18 października 2009 r.

Wizytę w GCK rozpocząłem od odwiedzenia galerii, choć może to co najciekawsze, to prace dzieci wystawione w pobliżu szatni. W Galerii „Piętro wyżej” kończyła się właśnie wystawa „Powierzchowność” Grzegorza Hańderka – swoista zabawa z prezentowaniem na ścianach galerii grafik (?), które ukazując wypukłe powierzchnie skrzyń (?) starają się niejako odwrócić zwykłe postrzeganie geometrii wnętrza. Zapewne prace te mogą prowadzić do ciekawych refleksji na temat postrzegania, przestrzenności, itp.

W Galerii „Pustej” prezentowane są czarnobiałe fotografie Mark Łabno pt. „Zwyczajni ludzie”. Fotografie wykonywane od końca lat 70-tych, zawsze z człowiekiem. Niektóre mnie ubawiły – jak choćby dumny z siebie „Pierwszoklasista”, czy wyraźnie nawiązująca do Teodora Aksentowicza „Czytająca nauczycielka”. Część portretów była ciekawa, jeśli chodzi o sposób ujęcia postaci (czasem niemal zagubienia w szerokim kadrze).

Zasadniczo jednak wystawy mnie nie poruszyły jakoś szczególnie – już bardziej poruszał apel o nierozpowszechnianie symboli nazistowskich, namalowany na zewnętrznej ścianie Galerii Sektor I (gdzie już zakończyła się wystawa „Sygnatury wojny”).

A pierwszy poranek w tym sezonie poświęcony był twórczości Hectora Villa-Lobosa z okazji 50 rocznicy śmierci (przypadnie 17 listopada) – największego kompozytora Brazylii, a jeśli wierzyć jego Rodakowi, José Marii Florêncio (prowadzącemu koncert) wszystkich trzech Ameryk. Poranek wypełniły najpopularniejsze jego dzieła z cyklu Bachianas brasileiras. Rozpoczął poranek „numer siódmy” z 1942 roku – Preludio (Ponteio) i Fuga (Conversa) – w którym mamy nawiązanie do ulubionej formy Bacha, tyle że wszystko to na dużą orkiestrę. Muszę przyznać, że o ile Preludium nie zachwyciło mnie, to Fuga jest bardzo efektowna.

Drugim prezentowanym utworem z cyklu Bachianas brasileiras był nr 2 z 1933 roku, a właściwie jego krótka, końcowa Toccata – O trenzinho do Coipira – jedno z najbardziej udanych odmalowań pociągu, z efektowną perkusjią (południowoamerykańskość na pewno przysłużyła się tej perkusji), ale też czelesta i fortepian nie pozostają bezczynne (że o reszcie orkiestry nie wspomnę) – tego trzeba słuchać!

Pociąg rychło ustąpił miejsca solistce – najsłynniejsza część cyklu – Bachianas brasileiras nr 5 z lat 1938/45, przeznaczona jest na sopran i zespół ośmiu wiolonczel, a składa się z dwóch części – rozpoczyna ją znakomita (i to właśnie najpopularniejsza podczęść najpopularniejszej części) wokaliza stanowiąca początek Arii (Cantilena, reszta arii powstała do słów Ruth V. Corrêa, skądinąd prawykonawczyni tego utworu). Część druga to Dança (Martelo) – ze słowami Manuela Bandeira. Partię sopranu wykonała Anna Mikołajczyk (której tremę dyrygent próbował rozładować zapewniając, że tym razem nie śpiewa Brazylijczyka dla Brazylijczyków, lecz dla Ślązaków).

Poranek kończyła czteroczęściowa suita stanowiąca 4 część cyklu – z lat 1930-41. Tym razem dyrygent i prowadzący w jednej osobie (skądinąd udany powrót do tradycji prowadzenia przez dyrygentów, tym bardziej, że José Maria Florêncio mówi po polsku bardzo swobodnie, a błędy językowe popełniał bardzo rzadko) poinformował o liczbie składowych – słaba znajomość Villa-Lobosa wśród słuchaczy sprawiała, że poprzednio pojawiały się brawa, a nawet dziewczyna z kwiatami dla solistki w częściach – zresztą i ja tu nie jestem bez winy, do braw się przyłączając). A części to: Prelúdio (Introdução), Coral (Canto do Sertão – dyrygent przestrzegał przed tłumaczeniem na bardziej swojski ‘chorał’, to ma być pieśń żalu, a nie nawiązanie do chorału; zresztą dyrygent sporo czasu poświęcił przybliżeniu znaczenia innego portugalskiego słowa niezwykle trafnie oddającego brazylijską duszę – saudade – formy specyficznej tęsknoty do czegoś, czego nigdy się nie posiadało); Aria (Cantiga) oraz Dansa (Mindinho).

Próby wywołania wykonawców do bisu przez publiczność nie powiodły się. Na pociechę dyrygent przypomniał, że już za pięćdziesiąt lat przypadnie kolejna okrągła rocznica…

sobota, 17 października 2009
"Miłosne reminiscencje"

Katowice, dn. 16 października 2009 r.

Koncert nosił tytuł „Miłosne reminiscencje” – pogoda sprzyja takim myślom. Ale co to znaczy? Bo i jaką miłosną reminiscencją jest Kaprys hiszpański op. 34 (z 1887 roku) Nikołaja Rimskiego-Korsakowa? To raczej barwny, egzotyczny obrazek z Cyganką w tle. Rozpoczyna go Alborada (pieśń poranna) – Vivo e strepitoso – i już jesteśmy obudzeni. Potem następuje seria Wariacji – Andante con moto (trochę senny początek – piękne miejsce dla waltorni, którego wykonaniem byłem mile zaskoczony), powrót do Alborady (Vivo e strepitoso), po swoistych fanfarach następuje Scena i pieśń Cyganki – Allegretto (czy Cygankę oddają skrzypce? tu rola popisowa koncertmistrza, a i miejsce dla pokazania się harfy; swoją drogą, czy to nie inspiracja „Carmen”?), wszystko kończy efektowny hiszpański taniec ludowy – Fandango asturiano.

Kolejnym prezentowanym utworem był Koncert wiolonczelowy op. 66 Nikołaja Miaskowskiego. Utwór ten pochodzi z 1945 roku, ale jest bardzo romantyczny w stylu i bardziej w nim słychać dziedzictwo mistrza – Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, niż echa muzyki współczesnej. Choć… może sam nastrój dzieła jakoś odpowiada współczesności? Co prawda, to rok zwycięstwa w wojnie, ale jednocześnie rozpamiętywania strat, oraz wciąż niebezpiecznej rzeczywistości. (Wydawałoby się, że komponujący bardzo tradycyjnie Miaskowski powinien czuć się wśród wymogów socrealizmu bardzo dobrze, ale także on został oskarżony o formalizm… czyżby ze względu na nastrój, tak daleki od oczekiwań władzy?) Utwór składa się z dwóch-trzech części – część I: Lento, ma non troppo; część II zawiera dwie podczęści: Allegro vivace – Lento come primo – mamy więc niejako odwrócenie klasycznego porządku (szybko-wolno-szybko), podkreślone jeszcze przez krótkie trwanie części środkowej. Sprawia to, że utwór robi wrażenie smutnego rozpamiętywania (czy dawnej miłości, by powiązać się z tytułem koncertu? tak daleko w interpretacji bym się nie posuwał) – jeśli mogę wnioskować z reakcji publiczności, przychylnej, ale bez entuzjastycznych owacji i wywołania solisty (Tomasz Strahl) do bisu, nie był to nastrój oczekiwany.

Po przerwie program przeniósł się z Rosji (choć Miaskowski urodził się w Modlinie) do Francji. A drugą część rozpoczął Gabriel Fauré i jego Peleas i Melizanda op. 80 (z roku 1898, prawykonanie w roku 1901) – muzyka do londyńskiego wystawienia dramatu Maurice’a Maeterlincka. Peleas i Melizanda składa się z czterech części: Preludium. Quasi adagio; Prząśniczka. Andantino quasi allegretto; Siciliana. Allegro molto moderato; Śmierć Melizandy. Molto adagio, z których chyba najpopularniejszą jest Siciliana, rozpoczynająca się dźwiękami harfy i fletu. Tym razem sam temat wpisuje utwór w tytuł koncertu.

A koncert kończyło dzieło również wpisujące się przez sam temat w jego tytuł i dla mnie zdecydowany przebój wieczoru – II Suita Dafnis i Chloé (1909-12) Maurice’a Ravela. Utwór, który może trochę przypadkowo, był jednym z tych, które otwierały przede mną świat muzyki klasycznej. Suita składa się z trzech części – Świtu (Lever du jour – chyba jedno z najbardziej udanych odmalowań wstającego dnia, z bogactwem dźwięków przyrody), Pantomima, Taniec ogólny (Danse géneralé – także wyjątkowo lubiana część, przez co II Suita jest chyba popularniejsza od pierwszej).

Nie tylko ja rozkoszowałem się Ravelem – tym razem publiczność wyklaskała bis. Zresztą… Michał Nesterowicz, bardzo udatnie dyrygujący (z wyraźną sympatią ze strony orkiestry) zapowiedział bis: „Dla państwa i naszej przyjemności”. Oczywiście był to finał Dafnis i Chloé.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14