Blog poświęcony relacjom z wydarzeń mniej lub bardziej kulturalnych. Ot, taki koncertowo-teatralno-muzealno pamiętnik amatora, który lubi w takich miejscach bywać.
poniedziałek, 04 grudnia 2006
Koncert Czyżykiewicza w Chorzowie

Chorzów, dn. 11 listopada 2006

Dzień po koncercie NOSPRu udałem się na zupełnie inny koncert – Mirosława Czyżykiewicza w chorzowskim Teatrze Rozrywki.

Twórczość Czyżykiewicza lubię. Jakoś tak się u mnie utarło, że jeśli nie słucham szeroko pojętej klasyki, to najczęściej sięgam po poezję śpiewaną. A jeśli miałbym wybierać wśród obecnie działających artystów i pojawiających się utworów, wybrałbym właśnie Czyżykiewicza.

Czyżby podobna wrażliwość? Czyżykiewicz sięga zwykle po mroczą poezję, pełną myśli o śmierci, która jeśli odnajduje wartość życia, to tylko w perspektywie śmierci i przemijania. Jego własna twórczość jest pogodniejsza, bardziej nakierowana na uczucia, ale i tutaj, tkwiący w sobie niepoprawny romantyzm (?) próbuje Czyżykiewicz wciąż czymś innym zrównoważyć.

Nie sądzę, by moja sympatia do twórczości Czyżykiewicza tkwiła w muzyce. Owszem, ma ciekawe aranżacje, ale niewiele więcej. Reszta jest prosta, króluje w niej parlando. Wydaje mi się, że niski, głęboki głos Czyżykiewicza powinien oddziaływać głównie na panie, ale i ja odczuwam jego hipnotyczną moc – zresztą na sobotnim koncercie obie płcie na widowni były wymieszane w dość równych proporcjach.

Z twórczością Czyżykiewicza spotkałem się na przełomie lat 80-tych i 90-tych. To była piosenka „Kobiecie daj szczęście”, bardzo monotonna, ale właśnie hipnotyczna – ciągłe powtórzenia życiowych nakazów i siła „prorockiego przesłania”, sprawiały, że piosenka trwale zapisała mi się w pamięci, choć wówczas nie wiedziałem kto śpiewa.

Dowiedziałem się kto śpiewał dużo później, gdy zachwycony piosenką „Jednym szeptem” (inny tytuł wypływający z dedykacji – „Dla Joanny”) sięgnąłem po płytę „Ave” (choć żadna piosenka aż tak mi się nie podobała, to było to dla mnie znaczące odkrycie), a potem po tomik wierszy wydany w ramach „Biblioteki Bardów” (tam już było „Kobiecie daj szczęście”). I tak Czyżykiewicz stał się dla mnie tym, kim jest. Czyli może bardziej kimś kto otwiera oczy na poezję, niż zachwyca samą muzyką.

Sobotni koncert miał dwie okazje: oficjalną – promocję płyty „Allez!” (tytuł wymawia sam Czyżykiewicz, ku mojemu zadziwieniu, z polska – a przecież nie raz demonstruje, że potrafił nauczyć się wypowiadać słowa francuskie), oraz mniej oficjalną – Chorzów był po drodze do Wiednia, gdzie Mirosław Czyżykiewicz u boku Hanny Banaszak ma prezentować program „Zanim będziesz u brzegu”. Sprawiło to, że koncert od strony organizacyjnej (konkretnie – zgrania się Czyżykiewicza z chorzowską obsługą) nosił wyraźne znamiona improwizacji, za którą odpowiedzialność zrzucała artysta na PKP.

Sam artysta przybył do Chorzowa tylko z gitarą (wciąż się rozstrajającą) oraz podkładami ze swych płyt („Ave”, „Allez!”, „Świat widzialny”). Przemyślane wykorzystanie teatralnych świateł przydało recitalowi odpowiedniego nastroju.

Sam koncert rozpoczął się od „Tańcz! – Parlando” otwierającego płytę „Ave” (Czyżykiewicz śpiewał, czy raczej deklamował do odtwarzanego podkładu), by potem przejść do utworów granych tylko z towarzyszeniem swojej gitary („Toast”, albo „Bywalcy Dworocowych” – dość nastrojowe podkreślenie poczucia ludzkiej wspólnoty z okazji Święta Niepodległości) oraz „W stylu Horacego” (do wiersza Josipa Brodskiego – nawiązanie do alegorii państwa jako statku na falach u Horacego, ale ze Związkiem Radzieckim w roli głównej; zresztą najlepszy przykład w całym koncercie, że sprawnie wykorzystana gitara może zastąpić bardzo udatną, studyjną aranżację). Kolejne utwory wykorzystywały jednak głównie studyjne aranżacje, a były to „Pszczoły nie odleciały” (do słów Josipa Brodskiego, pierwsza piosenka z płyty „Allez!”), „Zastępowałem w klatce...” (do autobiograficznego wiersza Josipa Brodskiego, z płyty „Świat widzialny”), „Tym tylko byłem” (j.w.), „Gdy wiatr i deszcz” („Bieg lat” – z płyty „Ave”, do wiersza Thomasa Hardy’ego), „Piosenka o Bośni” („Giną ludzie” – do słów Josipa Brodskiego, „Ave”)„Itaka” (do słów Josipa Brodskiego, „Allez!”), trzy piosenki z programów do muzyki Jerzego Satanowskiego – „Łeb róży” (słowa Jana Wołka, z „Zanim będziesz u brzegu” i „Allez!”), „Biała lokomotywa” (z „Zanim będziesz u brzegu” i z programu poświęconego Edwardowi Stachurze) oraz „Moja cygańska” (tłumaczenie piosenki Włodzimierza Wysockiego, z programu „Narowiste konie”). Wszystko to uzupełniało kilka piosenek autorskich – „Jazz” (z płyty „Ave”) i „Ave” (j.w.). Po obfitych brawach nastąpiły dwa bisy – oba do wierszy Brodskiego – „Kiedyś powrócisz” (nie bez pewnych nawiązań wyborczo-patriotycznych, choć oczywiście nic nachalnego, a jedynie ogólne podkreślenie znaczenia rodzinnego kraju, jakie z tej piosenki przebija), oraz „Pieśń na powitanie” (na zakończenie), która nie uzgodniona z obsługą i nie przygotowana zamieniła się w pierwszej części jedynie w recytację wiersza (końcówka była zagrana).

Wspominałem o tym, że artysta przybył tylko z gitarą, że głównie śpiewał do odtwarzanych z płyty aranżacji, a i paru elementów nie dograł z obsługą. To wszystko prawda, ale i tak koncert bardzo się podobał. A podobał się z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że największe wrażenie robi sam głos Czyżykiewicza, a ten był w formie, co więcej – sam artysta bardzo angażował się w śpiewane przez siebie piosenki, co było widać i słychać. Po drugie, w całym koncercie unikał on sztuczności. Komentując wiersze własne, czy cudzie, śmiejąc się z samego siebie – np., że tak mało wykonuje piosenek z płyty „Allez!” (cztery, wliczając drugi bis), którą teoretycznie promuje („promocja płyty polega na tym, by państwu pokazać, że artysta żyje i cieszy się dobrym zdrowiem”) – wszystkie te komentarze tworzyły atmosferę niewymuszonego spotkania z publicznością, nie pozbawionego humoru (mimo mrocznego przesłania wielu utworów) i przynoszącego satysfakcję obu stronom.
Yan Pascal Tortelier poprowadził NOSPR

Katowice, dn. 10 listopada 2006

Wizytę w GCK rozpocząłem od pobrania ulotki dystrybutora Chryslera w Zabrzu (http://www.intercar.chrysler.pl/ – że sam nie kupuję, a sponsorów muzyki warto jakoś wesprzeć, to reklamuję dalej; zresztą w związku z ciszą przedwyborczą innych reklam nie należy się, szczęśliwie, spodziewać), aby następnie ominąć Word Press Photo (wystawa płatna) i udać się do Galerii Pustej na wystawę fotografii Marka Szyrka „Pomiędzy. Fotografia jako wydarzenie egzystencjalne”.

Jak niemal wszystkie wystawy fotografii, które pamiętam w Galerii Pustej i ta przedstawia pewną pustkę, samotność, „chylenie się ku upadkowi” (jak pragnie to ująć udostępniony przez GCK opis), a przy tym nawiązują do dużych, czarno-białych i ręcznie odbijanych. Marek Szyryk koncentruje się na stoliku i tym, co może na nim spocząć – filiżance, talerzyku, książce, gazecie, itd. Na talerzyku oczywiście są okruchy, w filiżance mogą być fusy. Cykl stolikowy zajmuje jedną ze ścian galerii. Po drugiej stronie mamy przedmioty na neutralnym (na pewno trudnym do rozpoznania) tle. Znowu część przedmiotów (łyżeczka, chleb) może pochodzić ze stolika – a już na pewno wszystkie to przedmioty zwyczajne i domowe.

Jak niemal wszystkie wystawy fotografii, które pamiętam w Galerii Pustej i ta przedstawia pewną pustkę, samotność, „chylenie się ku upadkowi” (jak pragnie to ująć udostępniony przez GCK opis), a przy tym nawiązują do dużych, czarno-białych i ręcznie odbijanych. Marek Szyryk koncentruje się na stoliku i tym, co może na nim spocząć – filiżance, talerzyku, książce, gazecie, itd. Na talerzyku oczywiście są okruchy, w filiżance mogą być fusy. Cykl stolikowy zajmuje jedną ze ścian galerii. Po drugiej stronie mamy przedmioty na neutralnym (na pewno trudnym do rozpoznania) tle. Znowu część przedmiotów (łyżeczka, chleb) może pochodzić ze stolika – a już na pewno wszystkie to przedmioty zwyczajne i domowe.

Galeria Pusta pozwala się zapewne każdemu tego potrzebującemu wyciszyć przed koncertem. Ja tego nie potrzebowałem, a przynajmniej tak mi się wydawało, gdy zerknąłem na nazwiska na programie: Berlioz, Debussy, R. Strauss – bo czego po takim triu można się spodziewać? Ani jednego mojego ulubieńca, mimo „Trojan” pierwszego i „Elektry” ostatniego. Bardzo chciałem do koncertu nie być uprzedzonym, ale siły ducha starczyło mi tylko na to, by po prostu niczego od koncertu nie oczekiwać.

Wszystko rozpoczynała Uwertura „Korsarz”, op. 21 Hectora Berlioza (raczej nawiązująca do Coopera niż Byrona). Utwór, jak na Berlioza przystało, eksponujący głównie bogactwo barwy brzmień orkiestry, okazał się wcale efektowny – świetnie wrażenie zrobiły na mnie zwłaszcza smyczki, wykorzystane w sposób naprawdę efektowny i pomysłowy. Zresztą już ten pierwszy utwór pokazał, że Yan Pascal Tortelier, prowadzący w piątek koncert, przy całej oryginalności swojego stylu dyrygenckiego (dziwne ruchy najczęściej otwartymi dłońmi, ekspresyjne podskoki – musiał mieć skoczne i miękkie buty), jest jednocześnie świetnym dyrygentem, który wycisnął z NOSPRu co tylko się dało – wydawało się, że NOSPR gra perfekcyjnie.

Kolejnym utworem, który nastąpił po krótkiej przerwie (dyrygent nie dał się wywołać rozentuzjazmowanej publiczności na scenę dla kolejnego ukłonu) nastąpiły „Noktury” Claude’a Debussy. Na okoliczność tego utworu przywołam Aleksandrę Konieczną, moją ulubioną autorkę programów, która pisze:

„W tym czasie francuski twórca daleko już odszedł od romantycznych wzorów [PAK: chodzi m.in. o to, że nie nazwał „Nokturnów” symfonią], szukał w muzyce czegoś innego niż jego bezpośredni poprzednicy. W jednej ze jego wypowiedzi czytamy „[...] nie mogę przecież bronić tych tradycji, które dla mnie nie istnieją! Pył przeszłości nie zawsze jest godny respektu”.

Tradycją, od której odżegnywał się Debussy, był przede wszystkim niemiecki neoromantyzm, dzieła Ryszarda Wagnera i jego epigonów. Raził go przerost subiektywizmu, emocjonalny ekshibicjonizm ich muzyki, niemiecka ociężałość i napuszoność. W zamian proponował cechy typowo francuskie: wdzięk, naturalność, precyzję i sensualizm. Swoje ego wycofał w cień, bardziej odpowiadała mu pozycja obserwatora, odbiorcy wrażeń lub przekaziciela wyobrażeń i nastrojów.”

Nokturny składają się z trzech części. Wszystko rozpoczynają Chmury – gdzie NOSPR (a zwłaszcza smyczki) popisał się znakomitym pianissimo, co przeniosło się na moje znakomite odczucie całej części. Kolejna część to Zabawy, a wszystko kończą Syreny, dla których wykonania pojawiły się panie z Chóru Polskiego Radia z Krakowa. Do głosów pań miałem początkowo pewne uwagi (wydawał mi się mało Debussy’owski), ale w końcu się przekonałem.

Po przerwie NOSPR wykonał Symfonię alpejską op. 64 Richarda Straussa. Symfonię tę słuchałem nie tak dawno w Filharmonii Śląskiej (gdzie mi się podobała) i w jakimś nagraniu płytowy (gdzie mi się nie podobała).

Mój odbiór płyty jest chyba wciąż pochodną tego jak przyjmuję poematy symfoniczne, czy inne dzieła również programowe. Nie mam zwykle ochoty śledzić ich programu (jak dziewczę przede mną, wciąż konsultujące z ojcem (?), w którym miejscu Symfonii alpejskiej się znajdujemy). Gdy jednak siedzę na widowni, po prostu skupiam się na pięknie brzmień i mistrzostwie prowadzenia orkiestry – a NOSPRowi i Yanowi Pascalowi Tortelierowi należały się za Straussa wielkie brawa: znakomite smyczki (dynamika! i nie tylko), bardo dobra blacha (dawno nie pamiętam tak dobrze zagranych partii instrumentów dętych blaszanych), utrafione wykorzystanie pasterskich dzwonków – nawet jeśli maszyna do oddawania wiatru przy okazji swej pracy w scenie burzy przesunęła się wyraźnie na scenie; a potrącona przy dynamicznym dyrygowaniu partytura utworu sięgnęła bruku i musiała być ratowana przez skrzypaczkę.

Brawa które się należały orkiestra i dyrygent zdobyli. Zresztą sami też się cieszyli z udanego występu.
Zaduszki w Filharmonii Śląskiej

Katowice, dn. 3 listopada 2006

Piątkowy koncert wpisywał się w atmosferę Wszystkich Świętych. Rozpoczynała go Uwertura tragiczna d-moll, op. 81 Johannesa Brahsma. Uwertura ta stanowi niejako uzupełnienie Uwertury Akademickiej (op. 80), napisane z okazji przyznania tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego. Wrocławianie liczyli wówczas nawet na jakąś symfonię w ramach podziękowań, a dostali radosną uwerturę. Jednak Brahms nie byłby sobą, gdyby od razu nie wylał zawartej w sobie czary tragizmu, w drugim, analogicznym utworze – Uwerturze tragicznej.

Tragizm należy jednak rozumieć raczej w kontekście ‘tragedii’ jako dzieła sztuki dramatycznej – a więc z naciskiem na złożoność ludzkiego losu raczej, niż na same tylko mroczne strony egzystencji. Uwertura tragiczna jest utworem złożonym i bardzo efektownym.

Kolejnym prezentowanym dziełem były Kindertotenlieder (Pieśni na śmierć dzieci) Gustava Mahlera, do wierszy Friedricha Rückerta. Cykl składa się z pięciu pieśni: Nun will die Sonn' so hell aufgehn (Słońce teraz świeci tak jasno); Nun seh' ich wohl, warum so dunkle Flammen (Teraz dobrze widzę, dlaczego tak mroczne płomienie); Wenn dein Mütterlein tritt zur Tür herein (Gdy twoja mateńka staje w drzwiach); Oft denk' ich, sie sind nur ausgegangen (Często myślę, że one tylko wyszły); oraz In diesem Wetter, in diesem Braus (W taką pogodę, w taką ulewę).

Moja ulubiona pieśń to „In diesem Wetter, in diesem Braus“, gdzie stopniowo burza się rozpogadza. Wszystkie zresztą pieśni są bardzo ciekawie zinstrumentowane – widać to wyraźnie przez kontrast do Uwertury tragicznej Brahmsa. Nie chcę tu ganić Brahmsa, ale zarówno Uwertura, jak i Kindertotenlieder wykorzystują dość zbliżoną wielkością (czyli rozbudowaną) orkiestrę, tymczasem w Kindertotenlieder o wiele rzadziej mamy orkiestrowe tutti, natomiast ciągle, wciąż nowe grupy instrumentów pojawiają się w utworze i znikają.

Pieśni wykonywała Urszula Kryger (to trzeci koncert w Katowicach od początku października, gdy słucham Urszuli Kryger), tym razem awaryjnie zastąpiła ona Barbarę Banaronwską (organizatorzy zapowiedzieli to przez mikrofony, z podziękowaniami za gotowość do zastępstwa – muszę przyznać, że podłączenia mikrofonu się obawiałem, bo zwykle oznacza ono niepotrzebną zwłokę w koncercie, tym razem odbyło się to jednak nadspodziewanie sprawnie). Urszula Kryger podeszła do Mahlera z uczuciem i chwilami wypadała znakomicie (przykładem może być „Wenn die Mütterlein”).

Po przerwie nastąpił ostatni utwór – VI Symfonia h-moll „Patetycznej” op. 74 Piotra Czajkowskiego. Muszę przyznać, że o ile wciąż nie wyleczyłem się z komentowania symfonii Czajkowskiego z pewną ironią, to ostatnie symfonie zaczynam lubić, a VI należy do moich ulubionych przedstawicielek gatunku.

Sam Czajkowski miał sugerować nazwę „Tragiczna” dla swojego dzieła, choć tragizm wynika raczej z układu całości, niż nastroju wszystkich części – części II (Allegro con grazia) i III (Allegro molto vivace – kończące się bardzo efektownym marszem), trudno tak określić. Nawet początkowe Adagio i następujące po nim Allegro non troppo, choć dość mroczne, zawierają wiele chwil pięknego liryzmu. Niezwykły efekt tej Symfonii tworzy jednak pomysł Czajkowskiego by przesunąć Adagio (tu Adagio lamentoso) z tradycyjnej drugiej pozycji w układzie symfonii, na koniec. Po imponującym finale części III (która „normalnie” powinna być ostatnia i kończy się bardzo efektowną kodą – także w ten piątek znaczna część słuchaczy nie powstrzymała się od owacji w tym miejscu), mamy bardzo wyciszone Adagio (cała Symfonia kończy się zresztą wyciszeniem).

Brawa były bardzo obfite, choć po wyciszeniu trudniej się klaszcze (sobie wciąż myślę o uwadze Rosena, że burzliwość oklasków jest w znacznej bardziej kwestią zwyczajów audytorium, niż wykonania i prawdziwą pochwałą dla wykonawców są nie oklaski, a spontaniczna cisza na sali) i rzeczywiście, także w piątek, brawa poprzedziła zupełnie spontaniczna chwila ciszy. Dyrygent – Jerzy Kosek postanowił jednak nagrodzić publiczność, a zwłaszcza dać szanse tym, co chcieli klaskać po Allegro molto vivace, ale których (jak piszącego te słowa) powstrzymały koncertowe konwenanse. Nagrodą był bis finału tej części.

Mozart, drobiazgi na skrzypce i Beethoven w Filharmonii

Katowice, dn. 1 grudnia 2006


Piątkowy koncert był... różnorodny. Pierwszą część rozpoczynała Uwertura z „Czarodziejskiego fletu”. W atmosferze filharmonii lepiej niż w operze można było wysłuchać inicjacyjnego charakteru uroczystego początku i głębszego przesłania. Jednak samo wykonanie (dyrygował Jan Wincenty Hawel) było trochę sztywne i koturnowe (smyczki, czy akordy instrumentów dętych) – brakowało mu lekkości.

Potem nastąpiła seria utworów, których jedynym celem była możliwość zaprezentowania umiejętności solisty – skrzypka Adama Musialskiego. Tę część (konsekwentnie prowadzoną, bo bez schodzenia solisty i dyrygenta ze sceny) rozpoczynała Carmen fantasie Františka Drdla (1868-1944) w instrumentacji Adama Wesołowskiego. Utwór mi się nie bardzo podobał – efektowne fragmenty (bo nie tylko tematy, ale i chyba częściowo instrumentację) „Carmen” przerywano po paru sekundach, by solista mógł popisać się wirtuozowskim opracowaniem tematu. Solista był dobry, tematy efektowne, ale jednak całość wydawała się muzycznie słaba, a przede wszystkim bardzo sztuczna i jakoś niepełna. Kolejnym utworem były Scénes de la csárda „Hejre Katil” nr 4, op. 32 Jenö Hybaya (1858-1937). – również wirtuozowski utwór na skrzypce, mający przedstawiać tematy cygańskie. I znowu, pragnienie eksponowania wirtuoza i charakter pospiesznego połączenia efektownych tematów, bardzo szkodziły tej kompozycji, choć była ona na pewno bardziej konsekwentna i solidna (por. wykorzystanie orkiestry!) niż Carmen fantasie.

Na tym tle znakomicie wypadł John Williams, z Trzema utworami z „Listy Schindlera” (Temat „Listy Schindlera”; Żydowskie miasto (Krakowskie getto – zima ’41); Wspomnienia) – przy całej prostocie muzyki filmowej, same kompozycje były solidnie skonstruowane, bardzo sprawnie wykorzystana orkiestra – po raz pierwszy (nie licząc, rzecz jasna, Mozarta), miałem wrażenie profesjonalnej kompozycji, a nie tylko wprawki pozwalającej się popisać wirtuozowi. Największą moją uwagę budziło „Żydowskie miasto” – z bardzo ciekawie, trochę paradoksalnie wykorzystanym klezmerskim tematem – muzyka, która wydawać by się mogła radosna (jeśli chodzi o temat i jego charakter), zamieniała się dzięki towarzyszącej orkiestrze niemal w swe przeciwieństwo. Warto także podkreślić efektowną harfę na początku „Wspomnień”.

Pierwszą część miał kończyć „Souvenir d’Amérique” Henri Vieuxtemps – wariacje na temat Yankee Doodle. Tym razem skrzypkowi towarzyszyła tylko orkiestra smyczkowa. I choć ten utwór również nosił znamiona wirtuozowskiego popisu, a nie „poważnej” kompozycji, to jednak był napisany sprawnie, a przede wszystkim pełno w nim było humoru – godnie więc wieńczył pierwszą część.

Że solista radził sobie świetnie, to na „Souvenir d’Amérique” część pierwsza zakończyć się nie mogła. Był bis – nie wiem, co to za utwór, ale podejrzewam coś Piazzolli. Bis wcale efektowny.

Drugą część wypełniała VII Symfonia A-dur, op. 92 Ludwiga van Beethovena. Ostatnio była to moja ulubiona Symfonia Beethovena – V, III, czy IX wydawały mi się zbyt ograne (choć słuchając często VII i ona mi się ograła – zapewne wrócę teraz do „Eroiki”). Charles Rosen gdzieś pisał, że Beethoven był kompozytorem bez następców, że owszem – ceniono go, był legendą, „X Symfonia Beethovena” to cel wielu symfoników XIX wieku. Ale jednocześnie kierunek rozwoju muzyki wyznaczył raczej Schubert niż Beethoven, który pozostał na dobrą sprawę niezrozumiany. I coś w tym jest. Owszem – Beethoven także wyznaczył drogi, jak choćby ku symfoniom programowym (i następnie poematom symfonicznym – Berlioz, Liszt, Richard Strauss), albo połączeniu symfonii z kantatą (Mahler!), ale te podobieństwa są dość powierzchowne. Wielu zaś pomysłów Beethovena nie naśladowano. Na przykład taka VII Symfonia z bardzo wyrazistymi rytmami (Sylwia Heinrich pisze w programie nie bez słuszności, że właśnie „ukształtowanie rytmiczne, a nie materiał melodyczny” decydują o charakterze tej Symfonii), wydaje się jakby ślepą uliczką – adorowana, ale nie naśladowana. W znaczeniu zaś rytmu, może do Beethovena z VII, zbliżyli się dopiero Strawiński i Bartok. A gdyby nie ten rytmy, tak wyraziście dominujący w tej Symfonii, mogłaby ona uchodzić za wcale klasyczną – cztery, tradycyjne części (mimo wyjątkowo długiej introdukcji) – Poco sostenuto. Vivace; Allegretto; Presto; Allegro con brio. I wszystko to z radosnym przesłaniem (finał wręcz określa się jako “bachiczny szał”).

1 ... 21 , 22 , 23 , 24