Blog poświęcony relacjom z wydarzeń mniej lub bardziej kulturalnych. Ot, taki koncertowo-teatralno-muzealno pamiętnik amatora, który lubi w takich miejscach bywać.
sobota, 16 stycznia 2010
Znowu w Galerii MM

Chorzów, dn. 11 stycznia 2010 r.

Przez ostatnie kilka miesięcy nie potrafiłem jakoś wybrać się do Galerii MM – albo nie bywałem w centrum Chorzowa, albo owszem, bywałem, ale w godzinach porannych, gdy prawie wszystko jest zamknięte. (A Kinga Dunin pisze o „dyktaturze skowronków”! Jaka dyktatura, skoro sklepy otwierane są często dopiero o dziesiątej, podobnie jak galerie…) Ostatnia zaś odwiedzona wystawa – grafiki Katarzyny Dziuby (lipiec 2009), jakoś nie chciała się dać opisać…

Styczniowe odwiedziny, wywołane nieporadnością PKP w warunkach zimowych, nie tylko przerwały tę złą passę, ale także przyniosły dość pozytywne zaskoczenie – rzeźby portretowe (ceramiczne) Pauliny Ziemby są dość stereotypowe (odtwarzają zresztą pewne stereotypy… o czym świadczą już choćby tytuły „Żyd”, „Murzyn”, ale też „Carnival” – ta ostatnia nawiązuje do twarzy, które kojarzymy ze szkołami samby na karnawale w Rio), jednak ich oglądanie sprawia zwykłą, estetyczną przyjemność, nawet jeśli gładka, połyskująca glazura, spotyka się co chwilę ze złoceniami. (Sama zaś autorka pisze, że rzeźbi z wyobraźni przy muzyce Mozarta… Może komuś ten styl się tak skojarzy?)

Trzech romantyków

Katowice, dn. 6 listopada 2009 r.

Program zapowiadał się bardzo atrakcyjnie - nawet jeśli sam nie lubię poddawać się romantyzmowi. Rozpoczynała go Uwertura koncertowa in the South (Alassi) op. 50 z roku 1904 Edwarda Elgara. Dzieło około dwudziestominutowe (choć wiec brakuje mu do trzydziestu minut, na ile szacował je Karol Rafał Bula, to jednak jest to długa uwertura koncertowa), mało w Polsce znane – nie dość, że Edward Elgar należy u nas do kompozytorów znanych (choć jest coraz popularniejszy – chyba to odbicie jego popularności w Wielkiej Brytanii, z którą nas łączy coraz lepsza znajomość angielskiego), to jeszcze sama Uwertura In the South nie należy do jego najwybitniejszych dzieł (nawet jeśli za wprowadzeniem do koncertu powiem, że jest bardzo sprawnie napisana), może wyłączywszy piękną partie solową altówki.

Kolejnym utworem był I Koncert skrzypcowy g-moll, op. 26 Maxa Brucha z lat 1865-1867. Czy mam go przedstawiać? Wydaje mi się, że ten (i tylko ten!) Koncert Brucha wszyscy znają. Sam Max Bruch był sprawnym kompozytorem, jednak na dobrą sprawę napisał tylko ten jeden 'przebój', grany bardzo chętnie. I nie ma się, czemu dziwić – to bardzo udany koncert skrzypcowy. Koncert jest bardzo tradycyjny (komentatorzy wskazują na nawiązywanie Maxa Brucha do wczesnego romantyzmu, Mendelssohna, czy Schumanna) i składa się z trzech części: Vorspiel. Allegro moderato; Adagio; Finale. Allegro energico. Najbardziej lubię zewnętrzne części szybkie – zapadły mi głęboko w pamięć. (Podobno jestem w tym oryginalny – Karol Rafał Bula w zapowiedzi twierdził, że wszyscy znają i kochają zwłaszcza Adagio z tego Koncertu.)

W piątek grała z NOSPRem Priya Mitchell -- młoda brytyjska skrzypaczka, bardzo ekspresyjna na scenie (cały Koncert zastanawiałem się, czy gra w bardzo miękkich i cienkich butach, czy też boso – inni słuchacze podpowiadali, że może w baletkach, nie wiem, czy nie chodziło tu o pewną swobodę ekspresji, niemal balet ze skrzypcami). Grała bardzo sprawnie, choć jeśli chodzi o tempa części trzeciej mógłbym się pospierać... Bisu nie było, mimo usilnych próśb publiczności -- może koncert okazał się nazbyt męczący?

Koncert kończyła, po przerwie II Symfonia e-moll, op. 27 Sergiusza Rachmaninowa. Largo -- Allegro moderato, Allegro molto (najkrótsza i może najszybsza część); Adagio (bardzo liryczne); Allegro vivace (triumfalne zakończenie) – łącznie około godziny muzyki, w swej istocie już późnoromantycznej.

Narodową Orkiestrę Symfoniczna Polskiego Radia poprowadził jej dyrektor artystyczny – Jacek Kaspszyk.

sobota, 31 października 2009
Prawosławnie na parę dni przed Świętem Wszystkich Świętych

Katowice, dn. 30 października 2009 r.

Koniec października to w kalendarzu koncertowym zawsze okazja by wykonać coś, co już wprowadza w nastrój Wszystkich Świętych. Tym razem w Filharmonii Śląskiej było „prawosławnie”. Przez pół koncertu zastanawiałem się, po jakiemu śpiewa chór i soliści. (Mogłem się nie zastanawiać, ale zagadali mnie sąsiedzi filharmonijni i nie doczytałem w programie.) Otóż mająca tego wieczoru polską prapremierę* Liturgia św. Jana Chryzostoma Romualda Twardowskiego, to utwór wykorzystujący nieco uwspółcześniony starocerkiewnosłowiański, w wersji, którą wykorzystywany na Ukrainie w XIX wieku.

Sam kompozytor twierdzi, że osiągnął wrażenie świeżości. Być może, ale dla mnie, nienawykłego do śpiewów wywodzących się z tradycji prawosławnej, pobrzmiewała w tym przede wszystkim tradycja. Liturgia św. Jana Złotoustego (z gr. Chryzostoma) składa się z dość długiej sekwencji 17 części) - rozpoczyna wszystko Wielka litania – w wersji Romualda Twardowskiego prowadzi ją pozostający w tradycji prawosławnej bas (śpiewał Leonard Andrzej Mróz), a bierze także udział chór i tenor (Karol Balunda – tenor Chóru Filharmonii Śląskiej). Kolejne części to: Błogosław, duszo moja, Pana (za mną głos tłumaczył, że będzie „Magnificat” i zaczął go recytować po łacinie – zaczęliśmy się zirytowani rozglądać, bo to trochę rozprasza… szczęśliwie wzrok bazyliszka nie obraził… kompozytora, który podekscytowany często i gęsto tłumaczył swojemu towarzyszowi, co i jak). Kolejne części to Chwal, duszo moja, Pana, Jednorodzony Synu, W królestwie Twoim, Przyjdzie z pokłonem (dobrze oddaje pewien pośpiech przyjścia, można tu też zauważyć, że po Wielkiej litanii, aż do Litanii żarliwej, gdy pojawia się znowu bas, mamy wciąż chór mieszany), Święty Boże, Litania żarliwa (niejako powrót do rozwiązań części pierwszej – także litanii – prowadzi bas, towarzyszą mu chór i tenor), Pieśń Cherubinów, Wierzę („Credo, najtrudniejsza część” – komentował za mną kompozytor), Łaska pokoju. Tobie śpiewamy; Godnym jest, Ojcze nasz, Chwalcie Pana na wysokościach, Bądź imię Pańskie, Chwała Ojcu i Synowi, oraz Życzenia wielu lat (składa je przede wszystkim bas).

To, że nie słyszałem świeżości w Liturgii św. Jana Złotoustego mogę ‘zawdzięczać’ sobie – nie przypomniałem sobie nagrania tej liturgii, w tradycyjnej wersji śpiewanej – wyłapywałem więc nawiązania dość przypadkowo… (Zostawiam na boku fakt, że dawniej w chórach cerkiewnych nie śpiewały panie.) Spędziłem jednak interesujący wieczór na koncercie – rzadko słyszy się w Filharmonii utwory nawiązujące do tradycji prawosławnej, nawet jeśli są współczesne.

Sam utwór powstał w roku 2005 – a prapremierę światową miał podczas inauguracji XII Festiwalu Zołotowierchij Kijew w roku 2008. W piątek, w Filharmonii, podobał się (choć czasem wątpiłem, czy inni słyszeli więcej niż ja, zwłaszcza, jako że tradycja śpiewów cerkiewnych jest nam na Śląsku dość obca, a i na sali sporo było młodzieży (niekoniecznie polskiej…), która wykupiła wejściówki, przy względnie niskiej frekwencji abonamentowiczów; obok jednak samego utworu pozostaje wykonanie, a Chór Filharmonii Śląskiej jest chórem sprawnym, obaj soliści pokazali się z bardzo dobrej strony, trudno mi też mieć uwagi do dyrygującego – Czesława Freunda) – na scenę wywołano kompozytora, a chór i soliści bisowali – najpierw Chwała Ojcu i Synowi, następnie Życzenia wielu lat.

---
*) Można dodać jednak, że utwór zdążył się pokazać w Polsce na płycie, którą można było nabyć przed koncertem. Co nie było najlepszym zabiegiem marketingowym – płyta może lepiej by się sprzedawała w przerwie. Lecz przerwy nie było.

sobota, 24 października 2009
Umiarkowane rozczarowania, umiarkowane zachwyty, ale wieczór bardzo przyjemny!

Kraków, dn. 23 października 2009 r.

Trzysta lat minęło jak jeden dzień. Może jednak nie jeden, tym bardziej, że „Agryppina” Jerzego Fryderyka Händla między 1722 a 1943 rokiem nie była wystawiana… Ale moda na barok wróciła, a wraz z nią akceptacja stylu barokowej opery, wcale niedawno jeszcze akceptowanej tylko jako muzealna ciekawostka.

Czy wybrano na kolejną produkcję w ramach cyklu Opera Rara „Agrippinę” właśnie ze względu na trzystulecie? Przez długi czas uważano, że premiera miała miejsce 26 XII 1709 roku, co prawda podważono takie datowanie prapremiery (na pewno wykonano ją w sezonie karnawałowym 1709/1710, który 26 XII się rozpoczynał), ale mimo wszystko rok 1709, to najsilniej związany z powstaniem tej opery. Przynajmniej według dotychczasowej wiedzy.

„Agrippina” rozgrywa się wśród szeroko znanych postaci starożytnego Rzymu, odmalowanych w wielu innych dziełach – jest to historia ambicji Agrypiny Młodszej, która pragnie osadzić na tronie swego syna Nerona. Gdy przytrafia się okazja – katastrofa morska, która według pierwszych doniesień pochłonęła jej męża – Klaudiusza – spiesznie instruuje syna i wysyła podkochujących się w niej współpracowników Klaudiusza – Narcyza i Palante – by zadbali o przyznanie przez lud Rzymu tronu Neronowi. Niestety (dla planów Agrypiny, oczywiście), Klaudiusz żyje, uratowany przez Ottona. Co gorsza – to Otton zostaje wyznaczony na tron. Szczęśliwie jednak, Otton wyznaje Agrypinie swą miłość do Poppei, co ta, znając zainteresowanie Poppeą swego męża, wykorzystuje ją – Poppea, której Agrypina wmówiła, że Otton zamienił ją na tron, wywalczyła pozbawienie go tronu… Otton zostaje oskarżony o zdradę i odsuwają się od niego wszyscy przyjaciele. Jednak triumf Agrypiny jest przedwczesny – zarówno Poppea z ukochanym Ottonem orientują się, że to intryga Agrypiny, jak i wzajemnie wysłani do zamordowania siebie (i Ottona) Narcyz i Palante. Teraz wszyscy spiskują przeciwko Neronowi, który ma ten sam słaby punkt, co Otton – on również kocha się w Poppei. Intryga polega na naprowadzeniu Klaudiusza na zakochanego w Poppei Nerona, podczas schadzki. (Nieprzypadkowo Piotr Kamiński dostrzega analogię między Neronem i Cherubinem.) Intryga się udaje, Agrypina jednak się nie poddaje. W zakończeniu każdy uzyskuje to, czego pragnie – Agrypina i Neron władzę, Otton – Poppeę. I tylko biedny Klaudiusz nie osiąga niczego…

Piątkowe wykonanie było koncertowe – bez strojów, scenografii, reżyserii, choć wszyscy starali się oddać także wizualnie (i aktorsko) bohaterów opery. I muszę przyznać, że oglądało mi się to przyjemniej, niż niektóre współczesne reżyserie. (I chyba nie tylko współczesne.) Trudno czasem było ukryć śmiech, obserwując przerysowane gesty i grymasy bohaterów, zwłaszcza, że samo libretto pełne erotyczno-politycznych intryg, przynosi niejedną okazję do śmiechu. Zresztą, gesty i grymasy w znacznej mierze podpowiadała muzyka dwudziestoczteroletniego Händla. (A swoje dodawała znajomość historii, także popularnej, czy to powieściowej – „Ja, Klaudiusz” i „Quo vadis?”, czy operowej – ja przynajmniej nie mogłem się oprzeć refleksji, jak bardzo naiwnie wygląda Poppea, czy Neron w tej operze, w porównaniu z „Koronacją Poppei”.)

Jeśli chodzi o wykonanie, to opinie słyszałem mocno podzielone… Sądzę, że to zależało od oczekiwań – „Agrippina” to opera, z popisową tytułową rolą – i to było w piątek słychać, bo Ann Hallenberg była znakomita. Pytanie, czy coś poza tą rolą się wyróżnia, rywalizuje z nią? Przypominam sobie realizację (na DVD) Jeana-Claude Malgoire, gdzie obok Agrypiny (Veronique Gens) wielką rolą popisywał się Neron (Philippe Jarrousky). Tu tego zabrakło – i to główny powód krytyk. Ważną i potencjalnie „konkurencyjną” rolę Poppei (dość bladą w realizacji na DVD) otrzymała Veronica Cangemi, niestety, nie mogła przyjechać i zastąpiła ją utytułowana Gemma Bertagnoli. I w jej wykonaniu było tyle, by „narobić smaku”, bo i pokazała swój potencjał i potencjał partii Poppei, ale nie na tyle by zaspokoić ten smak – choćby przez dużo wyraźnych wpadek. Drugie zastępstwo – także dość utytułowany Antonio Abete – także nie było udane, choć muszę przyznać, że z basami u Händla często mam problemy, w dodatku Klaudiusz to postać niezbyt ciekawa w tej operze… Ale wróćmy do Nerona, który tak zachwycił mnie w wykonaniu Philippe’a Jarrousky’ego – w piątek rolę tę wykonywała José Maria Lo Monaco. I zebrała duże brawa na końcu – rzeczywiście, była to solidnie wykonana partia Nerona, chociaż wiele jej brakowało do gwiazdorstwa Jarrosky’ego. (A od siebie dodam, że panie mają jakąś dziwną tendencje, by „odgrywać” młodych mężczyzn prawie zawsze poprzez śpiew z rękami w kieszeniach spodni… przynajmniej jedną arię tak José Maria Lo Monaco wykonała.)

Po tej serii umiarkowanych zaskoczeń niedobrych (Poppea), czy może umiarkowanie dobrych spodziewań (Neron) miejsce na pochwałę – Xavier Sabata w roli Ottona miał niezbyt dobry początek, choć już tam pokazywał, że interpretuję tę rolę ciekawie. Rozśpiewał się w drugim i trzecim akcie. Co prawda to przeciwieństwo Agrypiny śpiewanej przez Ann Hallenberg – dynamicznej, pełnej energii, intryg, przerysowanej. Ale liryczny kochanek, którego arie są pełne subtelności – to zupełnie inny model wrażliwości, o wiele mniej gwiazdorski.

W drobnych rolach wyróżniał się Pallante – Ugo Guagliardo – rola mała, ale swoboda, swoisty czar (o ile tak można określić rolę męską), a zwłaszcza kontrast z Narcyzem – kontraltem Mileną Storti (także w arii Junony), co prawda również chętnie grającą swoją rolę (trochę zawstydzonego, trochę sztucznego Narcyza), ale z wyraźnie słabszym głosem, którym trudniej artystka operowała. Mała, solidna, ale bez miejsc do popisu i błyśnięcia była rola Roberto Abandnazy.

Śpiewakom towarzyszyła Europa Galante pod kierunkiem Fabio Biondiego. Raczej solidna tego wieczoru, niż błyskotliwa. Trochę szkoda mi było instrumentów dętych – wyłapywałem je z przyjemnością, ale i z pewną trudnością, gdyż ukryte za orkiestrą smyczkową i śpiewakami nie były dobrze słyszalne w akustyce Teatru im. Juliusza Słowackiego.

Zapewne można było oczekiwać więcej i czuć się rozczarowanym. Ja rozczarowany nie byłem, po prostu cieszyłem się przypomnieniem efektownej opery.

niedziela, 18 października 2009
Brazylijsko

Katowice, dn. 18 października 2009 r.

Wizytę w GCK rozpocząłem od odwiedzenia galerii, choć może to co najciekawsze, to prace dzieci wystawione w pobliżu szatni. W Galerii „Piętro wyżej” kończyła się właśnie wystawa „Powierzchowność” Grzegorza Hańderka – swoista zabawa z prezentowaniem na ścianach galerii grafik (?), które ukazując wypukłe powierzchnie skrzyń (?) starają się niejako odwrócić zwykłe postrzeganie geometrii wnętrza. Zapewne prace te mogą prowadzić do ciekawych refleksji na temat postrzegania, przestrzenności, itp.

W Galerii „Pustej” prezentowane są czarnobiałe fotografie Mark Łabno pt. „Zwyczajni ludzie”. Fotografie wykonywane od końca lat 70-tych, zawsze z człowiekiem. Niektóre mnie ubawiły – jak choćby dumny z siebie „Pierwszoklasista”, czy wyraźnie nawiązująca do Teodora Aksentowicza „Czytająca nauczycielka”. Część portretów była ciekawa, jeśli chodzi o sposób ujęcia postaci (czasem niemal zagubienia w szerokim kadrze).

Zasadniczo jednak wystawy mnie nie poruszyły jakoś szczególnie – już bardziej poruszał apel o nierozpowszechnianie symboli nazistowskich, namalowany na zewnętrznej ścianie Galerii Sektor I (gdzie już zakończyła się wystawa „Sygnatury wojny”).

A pierwszy poranek w tym sezonie poświęcony był twórczości Hectora Villa-Lobosa z okazji 50 rocznicy śmierci (przypadnie 17 listopada) – największego kompozytora Brazylii, a jeśli wierzyć jego Rodakowi, José Marii Florêncio (prowadzącemu koncert) wszystkich trzech Ameryk. Poranek wypełniły najpopularniejsze jego dzieła z cyklu Bachianas brasileiras. Rozpoczął poranek „numer siódmy” z 1942 roku – Preludio (Ponteio) i Fuga (Conversa) – w którym mamy nawiązanie do ulubionej formy Bacha, tyle że wszystko to na dużą orkiestrę. Muszę przyznać, że o ile Preludium nie zachwyciło mnie, to Fuga jest bardzo efektowna.

Drugim prezentowanym utworem z cyklu Bachianas brasileiras był nr 2 z 1933 roku, a właściwie jego krótka, końcowa Toccata – O trenzinho do Coipira – jedno z najbardziej udanych odmalowań pociągu, z efektowną perkusjią (południowoamerykańskość na pewno przysłużyła się tej perkusji), ale też czelesta i fortepian nie pozostają bezczynne (że o reszcie orkiestry nie wspomnę) – tego trzeba słuchać!

Pociąg rychło ustąpił miejsca solistce – najsłynniejsza część cyklu – Bachianas brasileiras nr 5 z lat 1938/45, przeznaczona jest na sopran i zespół ośmiu wiolonczel, a składa się z dwóch części – rozpoczyna ją znakomita (i to właśnie najpopularniejsza podczęść najpopularniejszej części) wokaliza stanowiąca początek Arii (Cantilena, reszta arii powstała do słów Ruth V. Corrêa, skądinąd prawykonawczyni tego utworu). Część druga to Dança (Martelo) – ze słowami Manuela Bandeira. Partię sopranu wykonała Anna Mikołajczyk (której tremę dyrygent próbował rozładować zapewniając, że tym razem nie śpiewa Brazylijczyka dla Brazylijczyków, lecz dla Ślązaków).

Poranek kończyła czteroczęściowa suita stanowiąca 4 część cyklu – z lat 1930-41. Tym razem dyrygent i prowadzący w jednej osobie (skądinąd udany powrót do tradycji prowadzenia przez dyrygentów, tym bardziej, że José Maria Florêncio mówi po polsku bardzo swobodnie, a błędy językowe popełniał bardzo rzadko) poinformował o liczbie składowych – słaba znajomość Villa-Lobosa wśród słuchaczy sprawiała, że poprzednio pojawiały się brawa, a nawet dziewczyna z kwiatami dla solistki w częściach – zresztą i ja tu nie jestem bez winy, do braw się przyłączając). A części to: Prelúdio (Introdução), Coral (Canto do Sertão – dyrygent przestrzegał przed tłumaczeniem na bardziej swojski ‘chorał’, to ma być pieśń żalu, a nie nawiązanie do chorału; zresztą dyrygent sporo czasu poświęcił przybliżeniu znaczenia innego portugalskiego słowa niezwykle trafnie oddającego brazylijską duszę – saudade – formy specyficznej tęsknoty do czegoś, czego nigdy się nie posiadało); Aria (Cantiga) oraz Dansa (Mindinho).

Próby wywołania wykonawców do bisu przez publiczność nie powiodły się. Na pociechę dyrygent przypomniał, że już za pięćdziesiąt lat przypadnie kolejna okrągła rocznica…

sobota, 17 października 2009
"Miłosne reminiscencje"

Katowice, dn. 16 października 2009 r.

Koncert nosił tytuł „Miłosne reminiscencje” – pogoda sprzyja takim myślom. Ale co to znaczy? Bo i jaką miłosną reminiscencją jest Kaprys hiszpański op. 34 (z 1887 roku) Nikołaja Rimskiego-Korsakowa? To raczej barwny, egzotyczny obrazek z Cyganką w tle. Rozpoczyna go Alborada (pieśń poranna) – Vivo e strepitoso – i już jesteśmy obudzeni. Potem następuje seria Wariacji – Andante con moto (trochę senny początek – piękne miejsce dla waltorni, którego wykonaniem byłem mile zaskoczony), powrót do Alborady (Vivo e strepitoso), po swoistych fanfarach następuje Scena i pieśń Cyganki – Allegretto (czy Cygankę oddają skrzypce? tu rola popisowa koncertmistrza, a i miejsce dla pokazania się harfy; swoją drogą, czy to nie inspiracja „Carmen”?), wszystko kończy efektowny hiszpański taniec ludowy – Fandango asturiano.

Kolejnym prezentowanym utworem był Koncert wiolonczelowy op. 66 Nikołaja Miaskowskiego. Utwór ten pochodzi z 1945 roku, ale jest bardzo romantyczny w stylu i bardziej w nim słychać dziedzictwo mistrza – Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, niż echa muzyki współczesnej. Choć… może sam nastrój dzieła jakoś odpowiada współczesności? Co prawda, to rok zwycięstwa w wojnie, ale jednocześnie rozpamiętywania strat, oraz wciąż niebezpiecznej rzeczywistości. (Wydawałoby się, że komponujący bardzo tradycyjnie Miaskowski powinien czuć się wśród wymogów socrealizmu bardzo dobrze, ale także on został oskarżony o formalizm… czyżby ze względu na nastrój, tak daleki od oczekiwań władzy?) Utwór składa się z dwóch-trzech części – część I: Lento, ma non troppo; część II zawiera dwie podczęści: Allegro vivace – Lento come primo – mamy więc niejako odwrócenie klasycznego porządku (szybko-wolno-szybko), podkreślone jeszcze przez krótkie trwanie części środkowej. Sprawia to, że utwór robi wrażenie smutnego rozpamiętywania (czy dawnej miłości, by powiązać się z tytułem koncertu? tak daleko w interpretacji bym się nie posuwał) – jeśli mogę wnioskować z reakcji publiczności, przychylnej, ale bez entuzjastycznych owacji i wywołania solisty (Tomasz Strahl) do bisu, nie był to nastrój oczekiwany.

Po przerwie program przeniósł się z Rosji (choć Miaskowski urodził się w Modlinie) do Francji. A drugą część rozpoczął Gabriel Fauré i jego Peleas i Melizanda op. 80 (z roku 1898, prawykonanie w roku 1901) – muzyka do londyńskiego wystawienia dramatu Maurice’a Maeterlincka. Peleas i Melizanda składa się z czterech części: Preludium. Quasi adagio; Prząśniczka. Andantino quasi allegretto; Siciliana. Allegro molto moderato; Śmierć Melizandy. Molto adagio, z których chyba najpopularniejszą jest Siciliana, rozpoczynająca się dźwiękami harfy i fletu. Tym razem sam temat wpisuje utwór w tytuł koncertu.

A koncert kończyło dzieło również wpisujące się przez sam temat w jego tytuł i dla mnie zdecydowany przebój wieczoru – II Suita Dafnis i Chloé (1909-12) Maurice’a Ravela. Utwór, który może trochę przypadkowo, był jednym z tych, które otwierały przede mną świat muzyki klasycznej. Suita składa się z trzech części – Świtu (Lever du jour – chyba jedno z najbardziej udanych odmalowań wstającego dnia, z bogactwem dźwięków przyrody), Pantomima, Taniec ogólny (Danse géneralé – także wyjątkowo lubiana część, przez co II Suita jest chyba popularniejsza od pierwszej).

Nie tylko ja rozkoszowałem się Ravelem – tym razem publiczność wyklaskała bis. Zresztą… Michał Nesterowicz, bardzo udatnie dyrygujący (z wyraźną sympatią ze strony orkiestry) zapowiedział bis: „Dla państwa i naszej przyjemności”. Oczywiście był to finał Dafnis i Chloé.

Inauguracja sezonu NOSPR

Katowice, dn. 9 października 2009 r.

I zaczął się nowy sezon NOSPR. Koncertów, jak zwykle, niewiele. Oglądając program zbierało mi się na marudzenie, ale z drugiej strony, czego można oczekiwać po ośmiu koncertach i pięciu porankach symfonicznych? Trudno zmieścić w takim wymiarze wiele…

Sezon zainaugurował Nokturn Andrzeja Panufnika z 1948 roku – muzyczne odmalowanie krakowskich, nocnych spacerów Andrzeja Panufnika (że opowiedział o powstaniu dzieła, to chętnie się cytuje, jak to nie mogąc odnaleźć ciszy w domu wychodził nocą na krakowskie ulice). Nokturn rozpoczyna i kończy werbel, z wyciszeniem, w środku mamy ‘rozpętany żywioł’ (że zacytuję Aleksandrę Konieczną, autorkę programu, która wskazuje także na swoistą formę łuku, którą wykorzystał zafascynowany geometrią Panufnik). Dobrze się tego słucha, zwłaszcza, że utwór jest bardzo dobrze zorkiestrowany. (Choć zdziwiły mnie dość krótkie oklaski… Chyba słuchacze czekali na więcej.) Gorzej, że rozpoczynanie koncertu cicho chyba nie jest dobrym pomysłem… Wciąż było słychać kroki spóźnionych słuchaczy.

Kolejnym utworem był I Koncert fortepianowy g-moll op. 25 Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego, z roku 1831, tj. 23 letniego Mendelssohna. Koncert trochę zapomniany, przypominany z okazji Roku Mendelssohna (dwustulecie urodzin). I chyba dobrze, że przypomniany, choć nie jest to dzieło wielkie – nieco ponad dwadzieścia minut (trzy części grane bez przerwy – Molto allegro con fuoco, Andatne i Presto), z których najbardziej podobało mi się liryczne Andante. Grała Yo Kosuge, japońska pianistka wykształcona i zadomowiona w Europie. Bardzo chętna do bisów – nie dała się długo prosić i zagrała dwa (choć i publiczność była chętna by ją wywoływać).

Po przerwie przyszedł czas na najdłuższy utwór wieczoru – VII Symfonię E-dur Antona Brucknera. Bruckner nie jest częstym gościem w Sali im. Grzegorza Fitelberga.

Symfonie Brucknera składają się (klasycznie) z czterech części (z wyjątkiem nieukończonej IX) – także ta – Allegro moderato, Adagio. Sehr feierlich Und sehr langsam, Scherzo. Sehr schnell, Finale. Bewegt, doch nicht schnell. Symfonia rozpoczyna się uroczyście, sam Anton Bruckner twierdził, że gdy pisał pierwszą część myślał o śmierci Ryszarda Wagnera, który rzeczywiście podczas jej pisania zmarł. Cała symfonia może być postrzegana jako hołd dla Wagnera – od drugiej części wykorzystane są zresztą tuby wagnerowskie (także dzięki nim miał wciąż wrażenie, że niektóre brzmienia są jakby przeniesione z Pierścienia Nibelunga). U Brucknera zawsze mam poczucie obcowania z wielkością i rozmachem, choć niestety, często nie dość ‘urozmaiconym’. Pierwsze dwie części, mimo efektownych brzmień (tego wolnego wznoszenia podniosłych kulminacji, przy znakomitym panowaniu nad orkiestrą) sprawiały, że często zerkałem na zegarek… Nie wiem, czy tylko ja, skoro po drugiej części rozległy się brawa – tak jakby część słuchaczy (zapewne początkująca) uznała, że symfonia nie może trwać aż tak długo… W trzeciej i czwartej części już tego nie miałem – rozkoszowałem się Brucknerem, zwłaszcza w finale. Koniec przyszedł wręcz nadspodziewanie szybko, jak na siedemdziesięciominutową Symfonię.

PS.
Dwa dni po koncercie posłuchałem VII Symfonii z płyty. I wrażenia były trochę odwrotne. To znaczy pierwsze dwie części, najdłuższe (razem ponad czterdzieści minut) zachwycały mnie pewnym wdziękiem, dopracowaniem szczegółów. Ale po pięćdziesięciu minutach, gdy przyszedł czas na krótsze części końcowe, jakoś moja uwaga zaczęła opadać. W każdym razie poprawiłem swoje zdanie o tej Symfonii i zastanawiam się, czego mi w piątek zabrakło. I czy to kwestia Jacka Kaspszyka, czy też mojej koncentracji po przerwie.

sobota, 03 października 2009
Cztery pory roku raz jeszcze

Katowice, dn. 1 października 2009 r.

Jakoś nie mogłem ‘wskoczyć’ w obecny sezon Filharmonii Śląskiej. Różne były powody, ale wynik ten sam – absencja na koncertach. Udało mi się dopiero 1 października, może nieprzypadkowo w Międzynarodowy Dzień Muzyki?

A i koncert mnie cieszył. Owszem, dwa poprzednie też mnie pociągały, ale siła wyższa… A tym razem w programie byli: Mozart, Grieg i Vivaldi. Czyli trudno o odkrycia (wszystkie utwory już kiedyś słyszałem), ale też trudno o rozczarowania.

Koncert rozpoczął klasycyzm – Adagio i fuga c-moll KV 546 Wolfganga Amadeusza Mozarta – przeróbka utworu powstałego na dwa fortepiany (przeróbka zarówno na kwartet smyczkowy, jak i orkiestrę smyczkową, tym razem grała ta ostatnia – Śląska Orkiestra Kameralna). Utwór znany… Przynajmniej złapałem się na tym słuchając go, że nieźle go pamiętałem. Adagio i fuga (Allegro) świadczą o fascynacji Mozarta Bachem i polifonią. Fascynacji może krótkotrwałej, ale takiej, która odbiła się na jego twórczości – Mozart nie był naśladowcą barokowej polifonii – wykorzystał tylko pewne jej techniki, by stworzyć głęboki, udany utwór, na pewno nie będący tylko ćwiczeniem technicznym.

Kolejnym prezentowanym dziełem była Suita w dawnym stylu „Z czasów Holberga”, op. 40 Edvarda Griega. Podobnie jak i w przypadku Adagia i Fugi jest to przykład zastosowania wybranych fragmentów dawnego stylu osadzonych we współczesnej autorowi stylistyce. W pięcioczęściowej (Preludium. Allegro vivace; Sarabanda. Andante espressivo; Gawot. Allegretto; Aria. Andante religioso; Riguadon. Allegro con brio) Suicie z czasów Holberga rzuca się to bardziej w oczy niż u Mozarta – dawne tańce stają się w istocie romantyczne.

Po przerwie wykonano jedyny zapowiadany z większym wyprzedzeniem utwór (sprawdzałem informator Filharmonii, oraz stronę internetową kilka dni wcześniej; plakatów nie spotykam na swoich trasach codziennych) – Cztery pory roku Antonia Vivaldiego. Może powinienem to napisać z pewną ironią? W programie napisano: Antonio Vivaldi “Cztery pory roku” op. 8, nr 1-4… Opus 8 Vivaldiego to zbiór „Il cimento dell’armonia e dell’inventione” (Próby harmonii i inwencji), czego początkiem są właśnie Cztery pory roku (owszem, także z oryginalnym tytułem Vivaldiego, choć pisząc zerkam na zdjęcie oryginalnej strony tytułowej – tam są tylko Próby...). Zbiór zawiera także inne koncerty o charakterze programowym: Burze morską (La tempesta di Mare), Polowanie (La caccia), Przyjemność (Il piacere). Niestety, pozostałe koncerty nie są wykonywane często… Nawet jeśli Cztery pory roku są najlepsze, to pozostałe nie są aż tak dużo gorsze.

Cóż, wszyscy wyraźnie traktują Cztery pory roku jako jeden utwór – zarówno wykonawcy (przerwy między koncertami były mniej więcej tak samo długie, jak między ich częściami), jak i słuchacze (oklaski co prawda pojawiły się na koniec lata, ale klaskali jedynie „początkujący”, których w Filharmonii było tym razem wyjątkowo wielu, przede wszystkim młodzież, którzy zwłaszcza przy Griegu klaskali po częściach).

Wykonawcy czyli Śląska Orkiestra Kameralna pod kierunkiem Wiesława Kwaśnego (kierował grając na skrzypcach) stanęli na wysokości zadania – piękna była ‘burza’ (w Koncercie nr 2 g-moll „Lato”), oryginalnie szybki ogień w kominku (Koncert nr 4 f-moll „Zima” – niektórzy tak grywają, ale przywykłem do wolniejszych wykonań, które dominują). Wszystko bez pretensji do szczególnego naśladowania baroku, ale mimo to obrazowo. Wykonanie bardzo się podobało (a i publiczność lubi utwory, z którymi jest osłuchana) – koncert więc jeszcze się nieco przedłużył o bis – właśnie ów ‘kominek’ z Zimy, który przyniósł wykonawcom dodatkowe owacje.

poniedziałek, 14 września 2009
Kłopotliwy dojazd i cnotliwa święta u pokutnicy

Wrocław, dn. 13 września 2009 r.

Na mój dzień składały się przeciwstawne uczucia. Wyjazd zaczął się źle – wykoncypowawszy dojazd możliwie tani i wygodny (jak na PKP), choć wolny. Dojazd miał jeden słaby punkt – wymagał dobrego zgrania pociągów, do pięciu minut. Już na wstępie się okazało, że spóźnienie pierwszego pociągu w łańcuchu połączeń, który miał mnie dowieźć do Wrocławia przekracza pięć minut. Ba! Sięga pięćdziesięciu minut, co do końca wprawiało mnie w niepewność, czy połączenie awaryjne uda się jeszcze złapać. Po złapaniu jednak popadłem w błogą pewność, że dojadę, choć może mniej wygodnie i o parę złotych drożej niż przypuszczałem.

W gruncie rzeczy oba dojazdy różniły się bardziej wygodą niż godziną dotarcia do Wrocławia. Nauczony jednak wcześniejszym doświadczeniem nie trwoniłem czasu na spacery, leczy udałem się prosto pod Katedrę Polskokatolicką św. Marii Magdaleny. A nawet do Katedry św. Marii Magdaleny, gdyż tym razem niemal wyprzedziłem organizatorów koncertu i jeszcze zaliczyłem spacer na ‘Mostek Pokutnic’ (niektórzy twierdzą, że Mostek Czarownic, ale pozostańmy przy nazwie bardziej pobożnej… zresztą obie nazwy odwołują się do tej samej legendy o pokutujących duchach, które miały się na nim pojawiać). Za jedyne cztery złote (bilet dla osoby dorosłej w postaci pocztówki, a więc dający się wykorzystać jeszcze raz) można odbyć spacer po schodach, by z wysokości 45 metrów (wysokość ostatniej kondygnacji obu wież) oglądać panoramę Wrocławia, z niedawno odbudowanego mostku (zniszczonego w 1945, po pięciu wiekach istnienia), nieco tylko ograniczona przez obie wieże. Wycieczkę polecam, bo Mostek otwarty jest dość długo – do 20-tej, choć przypominam ostrzeżenie, którym zostałem poczęstowany – na schodach należy uważać, zwłaszcza, że bywają piętra dość ciemne, a czujnik ruchu, włączający światło, działa z pewnym opóźnieniem… Bywało, że wchodziłem i schodziłem po omacku.

darmowy hosting obrazków
Widok z Mostku Pokutnic w stronę ratusza.

Gdy zszedłem, formowała się już kolejka do wyjścia – tym razem wewnątrz, przed wewnętrzną kratą Kościoła. Charakterystyczne, że gdy czekało się krócej i w środku, narzekania na czekanie słyszałem więcej niż na poprzednim, poniedziałkowym koncercie. A w Kościele było nieco luźniej, przynajmniej wśród VIPów zrobiły się wolne miejsca, na które zaproszono pozostających bez miejsc słuchaczy z pierwszych miejsc. I z miejsc dla VIPów ciągle ktoś ubywał…

Koncert był być może najdłuższym, na którym byłem. Sama „Teodora” Jerzego Fryderyka Händla trwa około trzech godzin, do tego doszedł czas dwóch przerw – głównej (20 minut, po pierwszym akcie) i technicznej (5 minut, po drugim akcie), całość nie wypełniła zapowiadanych przez organizatorów 230 minut, ale zbliżyła się do tego czasu.

„Teodora” to oratorium o chrześcijańskiej męczennicy, co stało się przyczyną żartów Händla, że niska frekwencja na tym oratorium, wywołana była tematem – bo chrześcijańskie oratorium nie jest dla Żydów, a oratorium o kobiecie cnotliwej, dla współczesnych mu pań… Faktycznie powody miały być inne (i trzęsienie ziemi, i trochę za trudna muzyka dla ówczesnych londyńczyków). Zwraca się uwagę, że Teodora to bohaterka nietypowa, bo choć kochana (scena, gdy zakochany w niej Didymus chce ofiarować za nią życie, a ona chce oddać własne przypomina częsty schemat z oper barokowych, zwykle dobrze kończący się dla obojga…), sama nie odwzajemnia tej ziemskiej miłości, a jedynie oddana jest miłości Boga. Händel jednak przydał jej tyle ciepła, czy wręcz erotyzmu, że wcale to nie przeszkadza.

By krótko przedstawić bohaterów – w IV wieku w Antiochii Walens zarządza święto ku czci urodzin cesarza Dioklecjana, z oddawaniem czci Jowisza. Przekazuje ten rozkaz żołnierzowi – Septimiusowi, ten zaś swojemu przyjacielowi, towarzyszowi broni – Didymusowi, który okazuje się chrześcijaninem zakochanym w Teodorze. Teodora i Irena to chrześcijanki, które odmawiają udziału w kulcie Jowisza, narażając się na zapowiedzianą karę śmierci. Teodora liczyła na chwalebną śmierć, tymczasem skazano ją na zamknięcie w domu publicznym. Pierwszy odwiedza ją Didymus, proponując wymianę stroju i ucieczkę – Teodora jednak się nie zgadza, wybierając męczeństwo (także Didymusa), wśród modłów chrześcijan pod przewodnictwem Ireny.

„Teodora” to oratorium zupełnie inne niż „Izrael w Egipcie”, czy „Mesjasz”, jak zresztą wynika to już ze streszczenia. To „Teodora” odtwarza bardziej typowy schemat oratorium religijnego Händla (choć jest wyjątkiem z innego powodu – nie czerpie tematu z Biblii), który przenosi schematy opery barokowej, dodając chóry i religijną tematykę, przy czym często przedstawia się opinię, że to ulubione oratorium Händla. Nie wiem, czy tak było, lecz zapewne było to najbardziej dopracowane przezeń oratorium, z pięknym finałowym chórem „O Love divine”.

darmowy hosting obrazków
Paul McCreesh, Gabrieli Consort & Players, oraz soliści – od lewej: Anna Stephany, Renata Pokupić (na niebiesko), Iestyn Davies Davies, John Mark Ainsley, oraz Simonem Kirkbride.

Dla Paula McCreesha to numer popisowy – oratorium to nagrał w roku 2000, w porównaniu z nagraniem płytowym różnili się przede wszystkim soliści. Szkoda, bo różnili się na minus. Nawet jednak słabsi soliści byli dobrzy – by wyróżnić na pierwszym miejscu tytułową Teodorę – mezzosopran Renatę Pokupić, która wypadła znakomicie, będąc może najbardziej aktorsko aktywną solistką, a przy tym miała ów niezbędny seksapil by rola przestała być sztywną figurą świętej. Drugim wykonawcą, którego chętnie bym wyróżnił był Iestyn Davies – kontratenor, który śpiewał rolę Didymusa. Co prawda, jeśli chodzi o aktorstwo był chyba przeciwieństwem Renaty Pokupić, ale śpiewał bardzo dobrze. Właściwie, czym niższy głos, tym miałem więcej problemów z odbiorem… Drugi mezzosopran, czyli Anna Stephany (rola Ireny), oraz John Mark Ainsley (tenor śpiewający Septimiusa, zresztą artysta wyraźnie przez Paula McCreesha lubiany) wypadli nieźle, przy tym grali swoje role, ale czegoś mi brakowało… Najwięcej problemów miałem z basem – Simonem Kirkbride (rola Valensa) – ale to większy mój problem z odbiorem basów u Händla, którzy niemal zawsze mają o zaśpiewania sporo ozdobników, poza którymi niewiele już w danej roli słyszę… Posłaniec – Richard Rowntree (tenor) był jednym z chórzystów, w przeciwieństwie do chórzystów-solistów z zespołu Johna Eliota Gardinera, śpiewał pozostając wśród chóru.

Gabrieli Consort & Players radzili sobie dobrze. Drugie oratorium Händla, w wykonaniu innego zespołu, zachęca do porównań (choć w „Teodorze” chór ma o wiele mniej do śpiewania) – w tym porównaniu bezwzględnie wygrywa John Eliot Gardiner i The Monteverdi Choir, który wydawał się być zdolnym do zaśpiewania wszystkiego. Zespół Paula McCreesha radził sobie dobrze, a końcowy chór drugiego aktu – He saw the lovely Youth – był znakomity, jednak precyzja chóru była wyraźnie mniejsza (i dyrygent wyraźnie nie mógł sobie pozwolić na podwyższenie oczekiwań pod adresem swojego zespołu…).

Koncert zakończył się owacjami na stojąco – zasłużonymi, bo to było bardzo dobre wykonanie „Teodory”.

Po koncercie miałem niemal dwie godziny do pociągu, spacerowałem więc po nocnym mieście, gdzie łatwo było zauważyć… mistrzostwa w siatkówce. Przed lokalami, w których były telewizory transmitujące mecz Polaków zbierały się tłumy, poza nimi – było pustawo.

darmowy hosting obrazków
Katedra św. Marii Magdaleny nocą. Widoczny Mostek Pokutnic między wieżami.

A potem pociąg. Nawet sprawnie by jechał, gdyby nie atak kiboli w Zabrzu – w kominiarkach, czy maskach (jeden w masce z wyobrażeniem czaszki) kogoś szukali. Gdy przybyła policja uciekli, wcześniej wybijając szybę i urywając dwa hamulce bezpieczeństwa. I opóźniając pociąg… Na powrotną taksówkę już skarżyć się w relacji nie będę, skoro robię to prywatnie od rana…

wtorek, 08 września 2009
Izrael w Egipcie, John Eliot Gardiner we Wrocławiu

Wrocław, dn. 7 września 2009 r.

Nie wiem, czy sam z siebie do Wrocławia bym się wybrał na „Izraela w Egipcie” Jerzego Fryderyka Händla. Na wyjazd wpłynął przypadek, powstrzymując mnie od zniechęcenia do nocnych jazd pociągiem z Wrocławia do Katowic. I bardzo dobrze przypadek zrobił.

Samo oratorium szczególnie ciekawe nie jest, co wpływa na jego popularność. Owszem, Händel wielkim kompozytorem był (co w 250 rocznicę śmierci pamięta się bardzo dobrze), ale tym razem zabrakło w jego dziele równowagi – pozwolił zdominować je chórom (wynika to częściowo z faktu, że mamy tu bohatera zbiorowego, jakim jest lud).

Oratorium składać się miało z trzech części – taką przynajmniej wersję spotkałem kiedyś w nagraniu Andrew Parrotta: Lament po śmierci Józefa; Wyjście; Pieśń Mojżesza. Zachowały się jednak dwie ostatnie (Andrew Parrott rekonstruował pierwszą) i tak zwykle „Izraela w Egipcie” się wykonuje, dzięki czemu to wyjątkowo krótkie oratorium – w poniedziałkowy wieczór trwało około dwóch godzin (z przerwą i typowym dla koncertów poślizgiem).

Oprócz dominacji chórów oratorium to ma jeszcze jedną, wyjątkową cechę – narracja opiera się na fragmentach biblijnych. Ktoś nawet z tego powodu określił „Izraela w Egipcie” prototypem „Mesjasza”, tyle że „Mesjasz” jest akurat wzorem równowagi między numerami solowymi, a chórami.

Brak równowagi może nużyć, o ile wykonanie nie podkreśli ‘malowniczości’ muzyki Jerzego Fryderyka Händla. Tak się zresztą złożyło, że zachowana część druga jest wyjątkowo ‘malownicza’ - Händel odmalowywał kolejne plagi egipskie – żaby, muchy, ciemność… To wszystko słychać, nawet gdy nie zna się języka angielskiego (a częściej – gdy się zna, ale gdy nie dość wyraźnie słychać śpiewających).

To oczywiście Wyjście – w Pieśni Mojżesza jest mniej miejsca na malowanie muzyką, ale tam Händel trochę większą rolę przypisał solistom, łącząc ich czasem w duety, czasem z pozwalając występować chórem (jak w bardzo efektownym finale).

W poniedziałek to wszystko działało. Co prawda mając pierwsze miejsca wolałem trafić do środka nawy głównej wrocławskiej Katedry Polskokatolickiej pw. Marii Magdaleny, a to sprawiło, że od wykonawców byłem dość daleko i zwłaszcza przy niższych dźwiękach niósł się spory pogłos. Orkiestrę i solistów (panów) słyszałem gorzej… Szkoda zwłaszcza kontratenora śpiewającego o żabach – doceniałem jego talent aktorski, ale niuanse zupełnie mi się gubiły. Panie wypadały świetnie, mimo pogłosu. A chór znakomicie! Co John Eliot Gardiner z jego zespołami (The English Baroque Soloists, Monteverdi Choir), to John Eliot Gardiner! Sława najlepszego chóru na świecie może wcale nie jest przesadna. (Myślę, że słuchając dopracowanych nagrań płytowych, na dokładkę mając jednak na płycie zredukowaną dynamikę, nie doceniałem tego tak bardzo. Ale ta precyzja! I to we wszystkim! Chór rewelacyjny, a miał co śpiewać! I co bisować!) Zresztą… i ‘soliści’ byli tak naprawdę wywołanymi chórzystami (wielka szkoda, że ich nazwiska nie pojawiły się w programie) – a takich solistów zespół i dyrygent nie musieli się wstydzić.

A Wratislavia czeka mnie raz jeszcze – jeszcze Paul McCreesh (który chyba znajomym się już we Wrocławiu przejadł, z drugiej strony z wielką „Teodorą” Händla) w niedzielę.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24