Blog poświęcony relacjom z wydarzeń mniej lub bardziej kulturalnych. Ot, taki koncertowo-teatralno-muzealno pamiętnik amatora, który lubi w takich miejscach bywać.
sobota, 30 stycznia 2010
Neoklasycyzm i Cherubini

Katowice, dn. 29 stycznia 2010 r.

Frekwencja tym razem była niższa niż poprzednio. Ale trudno się dziwić – muzyka XX wieku nie ma wielu amatorów, a Cherubini był bardziej znany i ceniony przez Beethovena niż współczesnych słuchaczy (choć bywalcy wiedzieli kto zacz).

Koncert, któremu towarzyszyła „promocja” najnowszej płyty Filharmonii Śląskiej (rejestracja programu z pierwszego koncertu – muzyki Bolesława Szabelskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Eugeniusza Knapika; płyty z autografami autorów (oczywiście Góreckiego i Knapika, jako żyjących), w wyjątkowej cenie 12 zł) rozpoczynał się utworem „z płyty” – Toccatą z Suity na orkiestrę op. 10 Bolesława Szabelskiego z 1936 roku. Utwór (jak i kolejny) stanowi dobry przykład neoklasycyzmu – dla moich sąsiadów było zaskakujące, że utwór, brzmiący względnie nowocześnie, powstał w Polsce jeszcze przed drugą wojną światową.

Kolejny utwór również utrzymany był nurcie neoklasycyzmu – był to Koncert fortepianowy Michała Spisaka, polskiego niepełnosprawnego (po chorobie Heinego-Medina) kompozytorze, z roku 1947. Jak na neoklasycyzm przystało, utwór w tradycyjnej, trzyczęściowej formie, przy czym określenia części nawiązują także do baroku – są to: Toccata – allegro; Passacaglia – adagio; Rondo – allegro.

Utwór jest sprawnie napisany (‘klarowny’) i zwarty – jak na neoklasycyzm przystało. Może tylko środkowa część mnie rozczarowała – po passacaglii oczekiwałem czegoś więcej, to zresztą jedyna część w tym krótkim koncercie, która wydała mi się nieco za długa. Takich uwag nie miałem do obu części skrajnych. A sama muzyka? Raczej sprawna, nieco odkrywcza – nie miałbym nic przeciwko temu, by muzyka zapomnianego wyraźnie Michała Spisaka częściej gościła w Filharmonii.

A na fortepianie zagrała Monika Sikorska-Wojtacha.

Po krótkiej pierwszej części wieczoru i przerwie, przyszedł czas na dość krótką część drugą – Requiem c-moll Luigi Cherubiniego, napisane (po restauracji Burbonów) dla Ludwika XVI. Utwór napisany na chór i orkiestrę, co jest o tyle istotne, że niewiele w nim nawiązań do stylu ówczesnej opery (właściwie jedynie trochę ‘teatru’ na początku Dies Irae), który kojarzymy z mszy Mozarta, Haydna, a nawet Missa Solemnis Beethovena. Brakuje np. zupełnie solistów, a chór, mimo wielogłosowości, wydaje się masywny. Temu Requiem jakby nieco bliżej do Verdiego niż Mozarta, choć w samym wyrazie – Faurego, bo nie ma tu ani jakiejś szczególnej wiary w Zbawienie z jednej strony, ani obezwładniającego strachu przed śmiercią i karą – jedynie godna, żałobna zaduma.

Requiem składa się z tradycyjnych części – Introitus et Kyrie: Requiem Aeternam; Graduale: Requiem Aeternam; Dies Irae; Offertorium: Domine Jesu Christe; Sanctus; Pie Jesu; Agnus Dei i trwa ponad czterdzieści minut (w przybliżeniu więcej niż oba utwory z pierwszej części razem wzięte). Miałem wrażenie pewnej jednolitości… ale to mogła być także zasługa prowadzącego piątkowy koncert Jana Wincentego Hawela – prawie cały czas miałem wrażenie, że muzycy grają (a później także chór śpiewa) forte, bez rozróżnienia utworu i części.

Grała Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej, śpiewał Chór Filharmonii Śląskiej przygotowany przez Jarosława Wolnianina.

sobota, 23 stycznia 2010
Wiosna uświęcona

Katowice, dn. 22 stycznia 2010 r.

Filharmonijny sąsiad zdziwiony przywitał mnie stwierdzeniem, że na koncertach jest coraz więcej słuchaczy. Czy „coraz więcej”, to należałoby dłużej i ściślej obserwować frekwencję. Ale rzeczywiście, na ‘wydarzenie stycznia’ (jak Filharmonia Śląska reklamowała koncert) przybyło sporo słuchaczy, w tym wcale duży odsetek młodzieży.

A atrakcją, która ściągnęła słuchaczy był zapewne amerykański pianista Brian Ganz, który wykonał Koncert fortepianowy a-moll op. 16, jeden z najpopularniejszych koncertów fortepianowych. I trudno mi się dziwić – Brian Ganz wykonał partię fortepianową bardzo ekspresyjnie i bardzo romantycznie, muszę powiedzieć, że dawno już koncert fortepianowy nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia, właśnie jeśli chodzi o grę solisty, zwłaszcza w częściach zewnętrznych – Allegro molto moderato i Allegro molto e marcato. Trochę słabiej ten styl pasował do środkowego Adagia.

Brawa odpowiadały wykonaniu (choć słyszałem już burzliwsze… ale głównie wtedy, gdy nazwiska były bardziej znane), solista zaś bez większych ceregieli dał się wywołać do bisu, który poprzedził przemową o tym, że bardzo cieszy go, iż jest w Polsce (choć jednocześnie żałuje, że nie zna polskiego), gdyż jego pierwszą miłością i pasją był, i pozostaje do dzisiaj, Chopin. I na bis zagrał, z dużym wdziękiem, Mazurka op. 17, nr 4 Fryderyka Chopina.

Po przerwie (sądząc po zdjęciach Filharmonii, spotkał się na niej Brian Ganz z prof. Andrzejem Jasińskim) Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej pod kierunkiem Mirosława Jacka Błaszczyka wykonała Święto wiosny Igora Strawińskiego. Muzyka Strawińskiego wciąż pozostaje świeża, pełna brutalnej siły – nieźle przysłużyła się jej także Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej (dobry początek, co prawda koniec pierwszej części słabszy, ale zasadniczo – z koncertu byłem bardzo zadowolony).

Wiosenna ofiara została więc złożona, mimo licznych dźwięków autoalarmów dobiegających z zaparkowanych na ulicy Sokolskiej. Skoro wiosna już uświęcona, pozostaje czekać na to, by pojawiła się i za oknami.

sobota, 16 stycznia 2010
Rosyjski koncert NOSPR

Katowice, dn. 15 stycznia 2010 r.

Wbrew sugestiom, które napłynęły po moich niechętnych reakcjach na poprzednim wprowadzeniu do koncertu, znowu wybrałem się go posłuchać. I chyba dobrze, choć także prof. Leon Markiewicz mówił o muzyce bardzo emocjonalnie. Tym razem jednak miało to osobisty charakter. Pierwsze dwa utwory prelegent potraktował skrótowo (i ze streszczeniem Chowańszczyzny chętnie bym popolemizował, bo prof. Markiewicz skupił się właściwie na ostatnim akcie tej opery…), rozwodząc się nad ostatnim – XI Symfonią „Rok 1905” Dymitra Szostakowicza. Nie bez powodów – raz, Symfonia ta wciąż wykorzystuje ‘antycarskie’ pieśni, które śpiewali także Polacy (zresztą dziadek Szostakowicza był zesłańcem na Syberii po powstaniu styczniowym…, a same pieśni śpiewał i prof. Markiewicz na prelekcji), z drugiej strony ojciec (?) prelegenta był uczestnikiem demonstracji 22 stycznia 1905 roku (9 stycznia według kalendarza juliańskiego) i ciosy kozaków stały się dla prof. Markiewicza opowieścią rodzinną. Koncert rozpoczęła jednak nie Symfonia Szostakowicza, a trochę zmarginalizowany przy wprowadzeniu (i przez moje koncertowe sąsiadki, wprost złe, że coś takiego wprowadzono na początek programu) Świt nad rzeką Moskwą – instrumentalne wprowadzenie do pierwszego aktu opery Chowańszczyzna Modesta Musorgskiego (w instrumentacji Dymitra Szostakowicza). Sam Świt… był moim zdaniem bardzo udanym wprowadzeniem do koncertu.

Kolejnym prezentowanym utworem był IV Koncert fortepianowy g-moll op. 40 Sergiusza Rachmaninowa, dzieło powstałe podczas pobytu w Stanach (prawykonane w roku 1927, czyli kilkanaście lat po poprzednim, III Koncercie, później (1941) poprawiane) i chyba spośród Koncertów Rachmaninowa najmniej popularny. (Prof. Leon Markiewicz wręcz twierdził, że nie zna polskiego pianisty wykonującego ten Koncert, choć fakt ten przypisywał także wyzwaniom jakie on stawia przed wykonawcami). Tym razem wykonywała go rosyjska pianistka Olga Kern. (Przypadkiem wyszukałem informację, że Olga Kern, rocznik 1975, pochodzi z rodziny spokrewnionej z… Piotrem Czajkowskim oraz Sergiuszem Rachmaninowem.) Pianistka bardzo sprawna, choć spotykałem się z opiniami, że tej sprawności technicznej nie odpowiada odkrywanie przed słuchaczami treści utworu. I przyznaję, że trochę tak odbierałem ten IV Koncert – znakomite, wirtuozowskie Allegro vivace (zarówno początkowe, jak i końcowe), ale marzycielskie Largo już zimne.

Olga Kern jednak publiczności bardzo się podobała, wywołała więc ją do dwóch bisów – najpierw jeden z utworów Sergiusza Rachmaninowa, później Lot Trzmiela Nikołaja Rimskiego-Korsakowa w wersji fortepianowej Sergiusza Rachmaninowa.

Koncert, po przerwie, kończyła XI Symfonia Rok 1905 Dymitra Szostakowicza, o której tak szeroko opowiadał prof. Leon Markiewicz. Jest to symfonia programowa, bardzo tradycyjna, jeśli chodzi o środki wyrazu i formę, bardzo przy tym jednoznacznie ponura (a przecież tak wiele utworów Dymitra Szostakowicza ukazuje jego specyficzne poczucie humoru). W pierwszej części – Plac pałacowy. Adagio – „nic się nie dzieje” (by zacytować prof. Markiewicza) – ponura atmosfera, z wyczekiwaniem na zmiany. Część druga – 9 stycznia. Allegro – należy do najefektowniejszych, zwłaszcza, gdy orkiestra ukazuje kozaków atakujących zebranych. Muzykę cechuje furia, pęd – owszem, to nie cechy jakoś wyjątkowe, ale wyjątkowo udatnie tu oddane. Część trzecia to Wieczna pamięć. Adagio – powracają nastroje części I, wzbogacone o pamięć o ofiarach (z pieśnią o charakterze żałobnym, przytoczoną przez Szostakowicza). Wszystko kończy Dzwon alarmowy. Allegro non troppo, w którym prof. Leon Markiewicz widział wezwanie do walki. Tak, ale wezwanie specyficzne, kontynuujące żal nad ofiarami.

Na marginesie tej Symfonii – zadziwiała mnie instrumentacja – smyczki, wzbogacone o cztery harfy, potrafiły brzmieć przerażająco zimno, styczniowo wręcz. Gdy jesienią przesłuchiwałem symfonie Szostakowicza, XI, spokojnie wieczorem przesłuchana podobała mi się swą perfekcją. Gdy jednak kilka dni przed koncertem próbowałem ją sobie pospiesznie przypomnieć, odpychała mnie ponurym wyrazem. Przy całej swojej prostocie wymaga ona uwagi, „Szostakowiczowi nie spieszy się” (że znowu zacytuję prof. Markiewicza), ale ten wolno płynący czas wydaje się cechą konstrukcyjną tego dzieła. Trzeba mu się dać ponieść.

Brawa były bardzo obfite, a dyrygenta – Michała Klauzę – oklaskiwała chętnie także orkiestra. Rzeczywiście, o ile na początku koncertu (w pierwszych taktach Świtu nad Moskwą) miałem pretensję o nierówną, niepewną grę orkiestry, o tyle z minuty na minutę było lepiej, a XI Symfonia zabrzmiała pełnią swojego piękna.

Znowu w Galerii MM

Chorzów, dn. 11 stycznia 2010 r.

Przez ostatnie kilka miesięcy nie potrafiłem jakoś wybrać się do Galerii MM – albo nie bywałem w centrum Chorzowa, albo owszem, bywałem, ale w godzinach porannych, gdy prawie wszystko jest zamknięte. (A Kinga Dunin pisze o „dyktaturze skowronków”! Jaka dyktatura, skoro sklepy otwierane są często dopiero o dziesiątej, podobnie jak galerie…) Ostatnia zaś odwiedzona wystawa – grafiki Katarzyny Dziuby (lipiec 2009), jakoś nie chciała się dać opisać…

Styczniowe odwiedziny, wywołane nieporadnością PKP w warunkach zimowych, nie tylko przerwały tę złą passę, ale także przyniosły dość pozytywne zaskoczenie – rzeźby portretowe (ceramiczne) Pauliny Ziemby są dość stereotypowe (odtwarzają zresztą pewne stereotypy… o czym świadczą już choćby tytuły „Żyd”, „Murzyn”, ale też „Carnival” – ta ostatnia nawiązuje do twarzy, które kojarzymy ze szkołami samby na karnawale w Rio), jednak ich oglądanie sprawia zwykłą, estetyczną przyjemność, nawet jeśli gładka, połyskująca glazura, spotyka się co chwilę ze złoceniami. (Sama zaś autorka pisze, że rzeźbi z wyobraźni przy muzyce Mozarta… Może komuś ten styl się tak skojarzy?)

Trzech romantyków

Katowice, dn. 6 listopada 2009 r.

Program zapowiadał się bardzo atrakcyjnie - nawet jeśli sam nie lubię poddawać się romantyzmowi. Rozpoczynała go Uwertura koncertowa in the South (Alassi) op. 50 z roku 1904 Edwarda Elgara. Dzieło około dwudziestominutowe (choć wiec brakuje mu do trzydziestu minut, na ile szacował je Karol Rafał Bula, to jednak jest to długa uwertura koncertowa), mało w Polsce znane – nie dość, że Edward Elgar należy u nas do kompozytorów znanych (choć jest coraz popularniejszy – chyba to odbicie jego popularności w Wielkiej Brytanii, z którą nas łączy coraz lepsza znajomość angielskiego), to jeszcze sama Uwertura In the South nie należy do jego najwybitniejszych dzieł (nawet jeśli za wprowadzeniem do koncertu powiem, że jest bardzo sprawnie napisana), może wyłączywszy piękną partie solową altówki.

Kolejnym utworem był I Koncert skrzypcowy g-moll, op. 26 Maxa Brucha z lat 1865-1867. Czy mam go przedstawiać? Wydaje mi się, że ten (i tylko ten!) Koncert Brucha wszyscy znają. Sam Max Bruch był sprawnym kompozytorem, jednak na dobrą sprawę napisał tylko ten jeden 'przebój', grany bardzo chętnie. I nie ma się, czemu dziwić – to bardzo udany koncert skrzypcowy. Koncert jest bardzo tradycyjny (komentatorzy wskazują na nawiązywanie Maxa Brucha do wczesnego romantyzmu, Mendelssohna, czy Schumanna) i składa się z trzech części: Vorspiel. Allegro moderato; Adagio; Finale. Allegro energico. Najbardziej lubię zewnętrzne części szybkie – zapadły mi głęboko w pamięć. (Podobno jestem w tym oryginalny – Karol Rafał Bula w zapowiedzi twierdził, że wszyscy znają i kochają zwłaszcza Adagio z tego Koncertu.)

W piątek grała z NOSPRem Priya Mitchell -- młoda brytyjska skrzypaczka, bardzo ekspresyjna na scenie (cały Koncert zastanawiałem się, czy gra w bardzo miękkich i cienkich butach, czy też boso – inni słuchacze podpowiadali, że może w baletkach, nie wiem, czy nie chodziło tu o pewną swobodę ekspresji, niemal balet ze skrzypcami). Grała bardzo sprawnie, choć jeśli chodzi o tempa części trzeciej mógłbym się pospierać... Bisu nie było, mimo usilnych próśb publiczności -- może koncert okazał się nazbyt męczący?

Koncert kończyła, po przerwie II Symfonia e-moll, op. 27 Sergiusza Rachmaninowa. Largo -- Allegro moderato, Allegro molto (najkrótsza i może najszybsza część); Adagio (bardzo liryczne); Allegro vivace (triumfalne zakończenie) – łącznie około godziny muzyki, w swej istocie już późnoromantycznej.

Narodową Orkiestrę Symfoniczna Polskiego Radia poprowadził jej dyrektor artystyczny – Jacek Kaspszyk.

sobota, 31 października 2009
Prawosławnie na parę dni przed Świętem Wszystkich Świętych

Katowice, dn. 30 października 2009 r.

Koniec października to w kalendarzu koncertowym zawsze okazja by wykonać coś, co już wprowadza w nastrój Wszystkich Świętych. Tym razem w Filharmonii Śląskiej było „prawosławnie”. Przez pół koncertu zastanawiałem się, po jakiemu śpiewa chór i soliści. (Mogłem się nie zastanawiać, ale zagadali mnie sąsiedzi filharmonijni i nie doczytałem w programie.) Otóż mająca tego wieczoru polską prapremierę* Liturgia św. Jana Chryzostoma Romualda Twardowskiego, to utwór wykorzystujący nieco uwspółcześniony starocerkiewnosłowiański, w wersji, którą wykorzystywany na Ukrainie w XIX wieku.

Sam kompozytor twierdzi, że osiągnął wrażenie świeżości. Być może, ale dla mnie, nienawykłego do śpiewów wywodzących się z tradycji prawosławnej, pobrzmiewała w tym przede wszystkim tradycja. Liturgia św. Jana Złotoustego (z gr. Chryzostoma) składa się z dość długiej sekwencji 17 części) - rozpoczyna wszystko Wielka litania – w wersji Romualda Twardowskiego prowadzi ją pozostający w tradycji prawosławnej bas (śpiewał Leonard Andrzej Mróz), a bierze także udział chór i tenor (Karol Balunda – tenor Chóru Filharmonii Śląskiej). Kolejne części to: Błogosław, duszo moja, Pana (za mną głos tłumaczył, że będzie „Magnificat” i zaczął go recytować po łacinie – zaczęliśmy się zirytowani rozglądać, bo to trochę rozprasza… szczęśliwie wzrok bazyliszka nie obraził… kompozytora, który podekscytowany często i gęsto tłumaczył swojemu towarzyszowi, co i jak). Kolejne części to Chwal, duszo moja, Pana, Jednorodzony Synu, W królestwie Twoim, Przyjdzie z pokłonem (dobrze oddaje pewien pośpiech przyjścia, można tu też zauważyć, że po Wielkiej litanii, aż do Litanii żarliwej, gdy pojawia się znowu bas, mamy wciąż chór mieszany), Święty Boże, Litania żarliwa (niejako powrót do rozwiązań części pierwszej – także litanii – prowadzi bas, towarzyszą mu chór i tenor), Pieśń Cherubinów, Wierzę („Credo, najtrudniejsza część” – komentował za mną kompozytor), Łaska pokoju. Tobie śpiewamy; Godnym jest, Ojcze nasz, Chwalcie Pana na wysokościach, Bądź imię Pańskie, Chwała Ojcu i Synowi, oraz Życzenia wielu lat (składa je przede wszystkim bas).

To, że nie słyszałem świeżości w Liturgii św. Jana Złotoustego mogę ‘zawdzięczać’ sobie – nie przypomniałem sobie nagrania tej liturgii, w tradycyjnej wersji śpiewanej – wyłapywałem więc nawiązania dość przypadkowo… (Zostawiam na boku fakt, że dawniej w chórach cerkiewnych nie śpiewały panie.) Spędziłem jednak interesujący wieczór na koncercie – rzadko słyszy się w Filharmonii utwory nawiązujące do tradycji prawosławnej, nawet jeśli są współczesne.

Sam utwór powstał w roku 2005 – a prapremierę światową miał podczas inauguracji XII Festiwalu Zołotowierchij Kijew w roku 2008. W piątek, w Filharmonii, podobał się (choć czasem wątpiłem, czy inni słyszeli więcej niż ja, zwłaszcza, jako że tradycja śpiewów cerkiewnych jest nam na Śląsku dość obca, a i na sali sporo było młodzieży (niekoniecznie polskiej…), która wykupiła wejściówki, przy względnie niskiej frekwencji abonamentowiczów; obok jednak samego utworu pozostaje wykonanie, a Chór Filharmonii Śląskiej jest chórem sprawnym, obaj soliści pokazali się z bardzo dobrej strony, trudno mi też mieć uwagi do dyrygującego – Czesława Freunda) – na scenę wywołano kompozytora, a chór i soliści bisowali – najpierw Chwała Ojcu i Synowi, następnie Życzenia wielu lat.

---
*) Można dodać jednak, że utwór zdążył się pokazać w Polsce na płycie, którą można było nabyć przed koncertem. Co nie było najlepszym zabiegiem marketingowym – płyta może lepiej by się sprzedawała w przerwie. Lecz przerwy nie było.

sobota, 24 października 2009
Umiarkowane rozczarowania, umiarkowane zachwyty, ale wieczór bardzo przyjemny!

Kraków, dn. 23 października 2009 r.

Trzysta lat minęło jak jeden dzień. Może jednak nie jeden, tym bardziej, że „Agryppina” Jerzego Fryderyka Händla między 1722 a 1943 rokiem nie była wystawiana… Ale moda na barok wróciła, a wraz z nią akceptacja stylu barokowej opery, wcale niedawno jeszcze akceptowanej tylko jako muzealna ciekawostka.

Czy wybrano na kolejną produkcję w ramach cyklu Opera Rara „Agrippinę” właśnie ze względu na trzystulecie? Przez długi czas uważano, że premiera miała miejsce 26 XII 1709 roku, co prawda podważono takie datowanie prapremiery (na pewno wykonano ją w sezonie karnawałowym 1709/1710, który 26 XII się rozpoczynał), ale mimo wszystko rok 1709, to najsilniej związany z powstaniem tej opery. Przynajmniej według dotychczasowej wiedzy.

„Agrippina” rozgrywa się wśród szeroko znanych postaci starożytnego Rzymu, odmalowanych w wielu innych dziełach – jest to historia ambicji Agrypiny Młodszej, która pragnie osadzić na tronie swego syna Nerona. Gdy przytrafia się okazja – katastrofa morska, która według pierwszych doniesień pochłonęła jej męża – Klaudiusza – spiesznie instruuje syna i wysyła podkochujących się w niej współpracowników Klaudiusza – Narcyza i Palante – by zadbali o przyznanie przez lud Rzymu tronu Neronowi. Niestety (dla planów Agrypiny, oczywiście), Klaudiusz żyje, uratowany przez Ottona. Co gorsza – to Otton zostaje wyznaczony na tron. Szczęśliwie jednak, Otton wyznaje Agrypinie swą miłość do Poppei, co ta, znając zainteresowanie Poppeą swego męża, wykorzystuje ją – Poppea, której Agrypina wmówiła, że Otton zamienił ją na tron, wywalczyła pozbawienie go tronu… Otton zostaje oskarżony o zdradę i odsuwają się od niego wszyscy przyjaciele. Jednak triumf Agrypiny jest przedwczesny – zarówno Poppea z ukochanym Ottonem orientują się, że to intryga Agrypiny, jak i wzajemnie wysłani do zamordowania siebie (i Ottona) Narcyz i Palante. Teraz wszyscy spiskują przeciwko Neronowi, który ma ten sam słaby punkt, co Otton – on również kocha się w Poppei. Intryga polega na naprowadzeniu Klaudiusza na zakochanego w Poppei Nerona, podczas schadzki. (Nieprzypadkowo Piotr Kamiński dostrzega analogię między Neronem i Cherubinem.) Intryga się udaje, Agrypina jednak się nie poddaje. W zakończeniu każdy uzyskuje to, czego pragnie – Agrypina i Neron władzę, Otton – Poppeę. I tylko biedny Klaudiusz nie osiąga niczego…

Piątkowe wykonanie było koncertowe – bez strojów, scenografii, reżyserii, choć wszyscy starali się oddać także wizualnie (i aktorsko) bohaterów opery. I muszę przyznać, że oglądało mi się to przyjemniej, niż niektóre współczesne reżyserie. (I chyba nie tylko współczesne.) Trudno czasem było ukryć śmiech, obserwując przerysowane gesty i grymasy bohaterów, zwłaszcza, że samo libretto pełne erotyczno-politycznych intryg, przynosi niejedną okazję do śmiechu. Zresztą, gesty i grymasy w znacznej mierze podpowiadała muzyka dwudziestoczteroletniego Händla. (A swoje dodawała znajomość historii, także popularnej, czy to powieściowej – „Ja, Klaudiusz” i „Quo vadis?”, czy operowej – ja przynajmniej nie mogłem się oprzeć refleksji, jak bardzo naiwnie wygląda Poppea, czy Neron w tej operze, w porównaniu z „Koronacją Poppei”.)

Jeśli chodzi o wykonanie, to opinie słyszałem mocno podzielone… Sądzę, że to zależało od oczekiwań – „Agrippina” to opera, z popisową tytułową rolą – i to było w piątek słychać, bo Ann Hallenberg była znakomita. Pytanie, czy coś poza tą rolą się wyróżnia, rywalizuje z nią? Przypominam sobie realizację (na DVD) Jeana-Claude Malgoire, gdzie obok Agrypiny (Veronique Gens) wielką rolą popisywał się Neron (Philippe Jarrousky). Tu tego zabrakło – i to główny powód krytyk. Ważną i potencjalnie „konkurencyjną” rolę Poppei (dość bladą w realizacji na DVD) otrzymała Veronica Cangemi, niestety, nie mogła przyjechać i zastąpiła ją utytułowana Gemma Bertagnoli. I w jej wykonaniu było tyle, by „narobić smaku”, bo i pokazała swój potencjał i potencjał partii Poppei, ale nie na tyle by zaspokoić ten smak – choćby przez dużo wyraźnych wpadek. Drugie zastępstwo – także dość utytułowany Antonio Abete – także nie było udane, choć muszę przyznać, że z basami u Händla często mam problemy, w dodatku Klaudiusz to postać niezbyt ciekawa w tej operze… Ale wróćmy do Nerona, który tak zachwycił mnie w wykonaniu Philippe’a Jarrousky’ego – w piątek rolę tę wykonywała José Maria Lo Monaco. I zebrała duże brawa na końcu – rzeczywiście, była to solidnie wykonana partia Nerona, chociaż wiele jej brakowało do gwiazdorstwa Jarrosky’ego. (A od siebie dodam, że panie mają jakąś dziwną tendencje, by „odgrywać” młodych mężczyzn prawie zawsze poprzez śpiew z rękami w kieszeniach spodni… przynajmniej jedną arię tak José Maria Lo Monaco wykonała.)

Po tej serii umiarkowanych zaskoczeń niedobrych (Poppea), czy może umiarkowanie dobrych spodziewań (Neron) miejsce na pochwałę – Xavier Sabata w roli Ottona miał niezbyt dobry początek, choć już tam pokazywał, że interpretuję tę rolę ciekawie. Rozśpiewał się w drugim i trzecim akcie. Co prawda to przeciwieństwo Agrypiny śpiewanej przez Ann Hallenberg – dynamicznej, pełnej energii, intryg, przerysowanej. Ale liryczny kochanek, którego arie są pełne subtelności – to zupełnie inny model wrażliwości, o wiele mniej gwiazdorski.

W drobnych rolach wyróżniał się Pallante – Ugo Guagliardo – rola mała, ale swoboda, swoisty czar (o ile tak można określić rolę męską), a zwłaszcza kontrast z Narcyzem – kontraltem Mileną Storti (także w arii Junony), co prawda również chętnie grającą swoją rolę (trochę zawstydzonego, trochę sztucznego Narcyza), ale z wyraźnie słabszym głosem, którym trudniej artystka operowała. Mała, solidna, ale bez miejsc do popisu i błyśnięcia była rola Roberto Abandnazy.

Śpiewakom towarzyszyła Europa Galante pod kierunkiem Fabio Biondiego. Raczej solidna tego wieczoru, niż błyskotliwa. Trochę szkoda mi było instrumentów dętych – wyłapywałem je z przyjemnością, ale i z pewną trudnością, gdyż ukryte za orkiestrą smyczkową i śpiewakami nie były dobrze słyszalne w akustyce Teatru im. Juliusza Słowackiego.

Zapewne można było oczekiwać więcej i czuć się rozczarowanym. Ja rozczarowany nie byłem, po prostu cieszyłem się przypomnieniem efektownej opery.

niedziela, 18 października 2009
Brazylijsko

Katowice, dn. 18 października 2009 r.

Wizytę w GCK rozpocząłem od odwiedzenia galerii, choć może to co najciekawsze, to prace dzieci wystawione w pobliżu szatni. W Galerii „Piętro wyżej” kończyła się właśnie wystawa „Powierzchowność” Grzegorza Hańderka – swoista zabawa z prezentowaniem na ścianach galerii grafik (?), które ukazując wypukłe powierzchnie skrzyń (?) starają się niejako odwrócić zwykłe postrzeganie geometrii wnętrza. Zapewne prace te mogą prowadzić do ciekawych refleksji na temat postrzegania, przestrzenności, itp.

W Galerii „Pustej” prezentowane są czarnobiałe fotografie Mark Łabno pt. „Zwyczajni ludzie”. Fotografie wykonywane od końca lat 70-tych, zawsze z człowiekiem. Niektóre mnie ubawiły – jak choćby dumny z siebie „Pierwszoklasista”, czy wyraźnie nawiązująca do Teodora Aksentowicza „Czytająca nauczycielka”. Część portretów była ciekawa, jeśli chodzi o sposób ujęcia postaci (czasem niemal zagubienia w szerokim kadrze).

Zasadniczo jednak wystawy mnie nie poruszyły jakoś szczególnie – już bardziej poruszał apel o nierozpowszechnianie symboli nazistowskich, namalowany na zewnętrznej ścianie Galerii Sektor I (gdzie już zakończyła się wystawa „Sygnatury wojny”).

A pierwszy poranek w tym sezonie poświęcony był twórczości Hectora Villa-Lobosa z okazji 50 rocznicy śmierci (przypadnie 17 listopada) – największego kompozytora Brazylii, a jeśli wierzyć jego Rodakowi, José Marii Florêncio (prowadzącemu koncert) wszystkich trzech Ameryk. Poranek wypełniły najpopularniejsze jego dzieła z cyklu Bachianas brasileiras. Rozpoczął poranek „numer siódmy” z 1942 roku – Preludio (Ponteio) i Fuga (Conversa) – w którym mamy nawiązanie do ulubionej formy Bacha, tyle że wszystko to na dużą orkiestrę. Muszę przyznać, że o ile Preludium nie zachwyciło mnie, to Fuga jest bardzo efektowna.

Drugim prezentowanym utworem z cyklu Bachianas brasileiras był nr 2 z 1933 roku, a właściwie jego krótka, końcowa Toccata – O trenzinho do Coipira – jedno z najbardziej udanych odmalowań pociągu, z efektowną perkusjią (południowoamerykańskość na pewno przysłużyła się tej perkusji), ale też czelesta i fortepian nie pozostają bezczynne (że o reszcie orkiestry nie wspomnę) – tego trzeba słuchać!

Pociąg rychło ustąpił miejsca solistce – najsłynniejsza część cyklu – Bachianas brasileiras nr 5 z lat 1938/45, przeznaczona jest na sopran i zespół ośmiu wiolonczel, a składa się z dwóch części – rozpoczyna ją znakomita (i to właśnie najpopularniejsza podczęść najpopularniejszej części) wokaliza stanowiąca początek Arii (Cantilena, reszta arii powstała do słów Ruth V. Corrêa, skądinąd prawykonawczyni tego utworu). Część druga to Dança (Martelo) – ze słowami Manuela Bandeira. Partię sopranu wykonała Anna Mikołajczyk (której tremę dyrygent próbował rozładować zapewniając, że tym razem nie śpiewa Brazylijczyka dla Brazylijczyków, lecz dla Ślązaków).

Poranek kończyła czteroczęściowa suita stanowiąca 4 część cyklu – z lat 1930-41. Tym razem dyrygent i prowadzący w jednej osobie (skądinąd udany powrót do tradycji prowadzenia przez dyrygentów, tym bardziej, że José Maria Florêncio mówi po polsku bardzo swobodnie, a błędy językowe popełniał bardzo rzadko) poinformował o liczbie składowych – słaba znajomość Villa-Lobosa wśród słuchaczy sprawiała, że poprzednio pojawiały się brawa, a nawet dziewczyna z kwiatami dla solistki w częściach – zresztą i ja tu nie jestem bez winy, do braw się przyłączając). A części to: Prelúdio (Introdução), Coral (Canto do Sertão – dyrygent przestrzegał przed tłumaczeniem na bardziej swojski ‘chorał’, to ma być pieśń żalu, a nie nawiązanie do chorału; zresztą dyrygent sporo czasu poświęcił przybliżeniu znaczenia innego portugalskiego słowa niezwykle trafnie oddającego brazylijską duszę – saudade – formy specyficznej tęsknoty do czegoś, czego nigdy się nie posiadało); Aria (Cantiga) oraz Dansa (Mindinho).

Próby wywołania wykonawców do bisu przez publiczność nie powiodły się. Na pociechę dyrygent przypomniał, że już za pięćdziesiąt lat przypadnie kolejna okrągła rocznica…

sobota, 17 października 2009
"Miłosne reminiscencje"

Katowice, dn. 16 października 2009 r.

Koncert nosił tytuł „Miłosne reminiscencje” – pogoda sprzyja takim myślom. Ale co to znaczy? Bo i jaką miłosną reminiscencją jest Kaprys hiszpański op. 34 (z 1887 roku) Nikołaja Rimskiego-Korsakowa? To raczej barwny, egzotyczny obrazek z Cyganką w tle. Rozpoczyna go Alborada (pieśń poranna) – Vivo e strepitoso – i już jesteśmy obudzeni. Potem następuje seria Wariacji – Andante con moto (trochę senny początek – piękne miejsce dla waltorni, którego wykonaniem byłem mile zaskoczony), powrót do Alborady (Vivo e strepitoso), po swoistych fanfarach następuje Scena i pieśń Cyganki – Allegretto (czy Cygankę oddają skrzypce? tu rola popisowa koncertmistrza, a i miejsce dla pokazania się harfy; swoją drogą, czy to nie inspiracja „Carmen”?), wszystko kończy efektowny hiszpański taniec ludowy – Fandango asturiano.

Kolejnym prezentowanym utworem był Koncert wiolonczelowy op. 66 Nikołaja Miaskowskiego. Utwór ten pochodzi z 1945 roku, ale jest bardzo romantyczny w stylu i bardziej w nim słychać dziedzictwo mistrza – Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, niż echa muzyki współczesnej. Choć… może sam nastrój dzieła jakoś odpowiada współczesności? Co prawda, to rok zwycięstwa w wojnie, ale jednocześnie rozpamiętywania strat, oraz wciąż niebezpiecznej rzeczywistości. (Wydawałoby się, że komponujący bardzo tradycyjnie Miaskowski powinien czuć się wśród wymogów socrealizmu bardzo dobrze, ale także on został oskarżony o formalizm… czyżby ze względu na nastrój, tak daleki od oczekiwań władzy?) Utwór składa się z dwóch-trzech części – część I: Lento, ma non troppo; część II zawiera dwie podczęści: Allegro vivace – Lento come primo – mamy więc niejako odwrócenie klasycznego porządku (szybko-wolno-szybko), podkreślone jeszcze przez krótkie trwanie części środkowej. Sprawia to, że utwór robi wrażenie smutnego rozpamiętywania (czy dawnej miłości, by powiązać się z tytułem koncertu? tak daleko w interpretacji bym się nie posuwał) – jeśli mogę wnioskować z reakcji publiczności, przychylnej, ale bez entuzjastycznych owacji i wywołania solisty (Tomasz Strahl) do bisu, nie był to nastrój oczekiwany.

Po przerwie program przeniósł się z Rosji (choć Miaskowski urodził się w Modlinie) do Francji. A drugą część rozpoczął Gabriel Fauré i jego Peleas i Melizanda op. 80 (z roku 1898, prawykonanie w roku 1901) – muzyka do londyńskiego wystawienia dramatu Maurice’a Maeterlincka. Peleas i Melizanda składa się z czterech części: Preludium. Quasi adagio; Prząśniczka. Andantino quasi allegretto; Siciliana. Allegro molto moderato; Śmierć Melizandy. Molto adagio, z których chyba najpopularniejszą jest Siciliana, rozpoczynająca się dźwiękami harfy i fletu. Tym razem sam temat wpisuje utwór w tytuł koncertu.

A koncert kończyło dzieło również wpisujące się przez sam temat w jego tytuł i dla mnie zdecydowany przebój wieczoru – II Suita Dafnis i Chloé (1909-12) Maurice’a Ravela. Utwór, który może trochę przypadkowo, był jednym z tych, które otwierały przede mną świat muzyki klasycznej. Suita składa się z trzech części – Świtu (Lever du jour – chyba jedno z najbardziej udanych odmalowań wstającego dnia, z bogactwem dźwięków przyrody), Pantomima, Taniec ogólny (Danse géneralé – także wyjątkowo lubiana część, przez co II Suita jest chyba popularniejsza od pierwszej).

Nie tylko ja rozkoszowałem się Ravelem – tym razem publiczność wyklaskała bis. Zresztą… Michał Nesterowicz, bardzo udatnie dyrygujący (z wyraźną sympatią ze strony orkiestry) zapowiedział bis: „Dla państwa i naszej przyjemności”. Oczywiście był to finał Dafnis i Chloé.

Inauguracja sezonu NOSPR

Katowice, dn. 9 października 2009 r.

I zaczął się nowy sezon NOSPR. Koncertów, jak zwykle, niewiele. Oglądając program zbierało mi się na marudzenie, ale z drugiej strony, czego można oczekiwać po ośmiu koncertach i pięciu porankach symfonicznych? Trudno zmieścić w takim wymiarze wiele…

Sezon zainaugurował Nokturn Andrzeja Panufnika z 1948 roku – muzyczne odmalowanie krakowskich, nocnych spacerów Andrzeja Panufnika (że opowiedział o powstaniu dzieła, to chętnie się cytuje, jak to nie mogąc odnaleźć ciszy w domu wychodził nocą na krakowskie ulice). Nokturn rozpoczyna i kończy werbel, z wyciszeniem, w środku mamy ‘rozpętany żywioł’ (że zacytuję Aleksandrę Konieczną, autorkę programu, która wskazuje także na swoistą formę łuku, którą wykorzystał zafascynowany geometrią Panufnik). Dobrze się tego słucha, zwłaszcza, że utwór jest bardzo dobrze zorkiestrowany. (Choć zdziwiły mnie dość krótkie oklaski… Chyba słuchacze czekali na więcej.) Gorzej, że rozpoczynanie koncertu cicho chyba nie jest dobrym pomysłem… Wciąż było słychać kroki spóźnionych słuchaczy.

Kolejnym utworem był I Koncert fortepianowy g-moll op. 25 Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego, z roku 1831, tj. 23 letniego Mendelssohna. Koncert trochę zapomniany, przypominany z okazji Roku Mendelssohna (dwustulecie urodzin). I chyba dobrze, że przypomniany, choć nie jest to dzieło wielkie – nieco ponad dwadzieścia minut (trzy części grane bez przerwy – Molto allegro con fuoco, Andatne i Presto), z których najbardziej podobało mi się liryczne Andante. Grała Yo Kosuge, japońska pianistka wykształcona i zadomowiona w Europie. Bardzo chętna do bisów – nie dała się długo prosić i zagrała dwa (choć i publiczność była chętna by ją wywoływać).

Po przerwie przyszedł czas na najdłuższy utwór wieczoru – VII Symfonię E-dur Antona Brucknera. Bruckner nie jest częstym gościem w Sali im. Grzegorza Fitelberga.

Symfonie Brucknera składają się (klasycznie) z czterech części (z wyjątkiem nieukończonej IX) – także ta – Allegro moderato, Adagio. Sehr feierlich Und sehr langsam, Scherzo. Sehr schnell, Finale. Bewegt, doch nicht schnell. Symfonia rozpoczyna się uroczyście, sam Anton Bruckner twierdził, że gdy pisał pierwszą część myślał o śmierci Ryszarda Wagnera, który rzeczywiście podczas jej pisania zmarł. Cała symfonia może być postrzegana jako hołd dla Wagnera – od drugiej części wykorzystane są zresztą tuby wagnerowskie (także dzięki nim miał wciąż wrażenie, że niektóre brzmienia są jakby przeniesione z Pierścienia Nibelunga). U Brucknera zawsze mam poczucie obcowania z wielkością i rozmachem, choć niestety, często nie dość ‘urozmaiconym’. Pierwsze dwie części, mimo efektownych brzmień (tego wolnego wznoszenia podniosłych kulminacji, przy znakomitym panowaniu nad orkiestrą) sprawiały, że często zerkałem na zegarek… Nie wiem, czy tylko ja, skoro po drugiej części rozległy się brawa – tak jakby część słuchaczy (zapewne początkująca) uznała, że symfonia nie może trwać aż tak długo… W trzeciej i czwartej części już tego nie miałem – rozkoszowałem się Brucknerem, zwłaszcza w finale. Koniec przyszedł wręcz nadspodziewanie szybko, jak na siedemdziesięciominutową Symfonię.

PS.
Dwa dni po koncercie posłuchałem VII Symfonii z płyty. I wrażenia były trochę odwrotne. To znaczy pierwsze dwie części, najdłuższe (razem ponad czterdzieści minut) zachwycały mnie pewnym wdziękiem, dopracowaniem szczegółów. Ale po pięćdziesięciu minutach, gdy przyszedł czas na krótsze części końcowe, jakoś moja uwaga zaczęła opadać. W każdym razie poprawiłem swoje zdanie o tej Symfonii i zastanawiam się, czego mi w piątek zabrakło. I czy to kwestia Jacka Kaspszyka, czy też mojej koncentracji po przerwie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23