Blog poświęcony relacjom z wydarzeń mniej lub bardziej kulturalnych. Ot, taki koncertowo-teatralno-muzealno pamiętnik amatora, który lubi w takich miejscach bywać.
Blog > Komentarze do wpisu
Alcina dotarła i różdżkę podarła

Kraków, dn. 7 października 2011 r.

„Alcina” ma pecha. Albo odwrotnie, jak twierdzą niektórzy – Alcyna ma czarodziejskie moce i nie chce dopuścić do wykonania opery o własnej klęsce. Rok temu przeszkodziły obfite opady śniegu, które uniemożliwiły start samolotu z Francji do Krakowa. Teraz… samolot się zepsuł. Szczęśliwie Wiedeń jest bliżej i udało się podstawić autobus. Wystarczyło już tylko delikatnie poprosić pana wprowadzającego do opery, by się pospieszył (co z taktem zrobił dyrygent) i początkowa symfonia, i… już!

„Alcina” to opera, która wykorzystywała wątek z „Orlanda Szalonego”. Wątek bardzo współczesny – czarodziejka, zaginieni mężczyźni na bezludnej wyspie, utrata pamięci… wygląda to jak katalog tematów współczesnej popkultury. Całość… nie jest szczególnie konsekwentna i logiczna, ale niezupełnie o to chodzi – charaktery (i to wielostronnie, chciałoby się powiedzieć, że w modnym 3D, dzięki geniuszowi Handla) ukazane zostały w pięknych ariach.

Historia jest prosta – Alcyna panuje na wyspie, jako czarownica (ewolucja postaci Kirke), która byłych ukochanych zamienia zwierzęta. Służy jej Oronte, dowódca jej wojsk, zakochany w Morganie – siostrze Alcyny. Morgana, nie podlegająca formalnie władzy siostry, również pełni rolę jej pomocniczki, a przynajmniej wyspowego kontrwywiadu, gdyż to ona pierwsza stara się rozpracować przybyłych: Bradamante (w męskim przebraniu) i Melissa. Że wątki szpiegowsko-dywerysjne lubią się łączyć z erotycznymi, Morgana zakochuje się w Bradamante i zapewnia bezpieczeństwo.

Ale nie padło jeszcze, po co Bradamante i Melisso przybywają na wyspę Alciny. Otóż przybywają, by wyrwać z ramion Alciny Ruggiera – narzeczonego Bradamante. To prawdziwa mission impossible w wydaniu barokowym. Rozpoznani (co do intencji) Bradamante i Melisso mogą zostać zamienieni w zwierzęta. Przewerbowany Ruggiero – również. Jednocześnie trzeba dać się poznać Ruggiero, zapewnić sobie jego dyskrecję, oraz zwodzić Alcinę, Morganę i Oberta; to wszystko w obecności poszukującego ojca (zamienionego w zwierzę) chłopca – Oronte. (Alcina ma pewną słabość do Oronte… ale nie, dodatkowego wątku pedofilii Handel nie wprowadził.)

Barokowa opera seria, trochę wbrew temu, co dla współczesnego ucha może sugerować nazwa, lubowała się jednak w szczęśliwym zakończeniu. Także i pod tym względem stanowiła prawzór produkcji Hollywood z jego najjaśniejszych lat. Misję udaje się wykonać, Alcina doprowadzona do rozpaczy chce zemsty, ale staje się bezsilna. Bradamante z Ruggierem triumfują, Alcina i Morgana płaczą, Melisso statystuje, Oronte odnajduje ojca (raczej możemy się tego domyślić po chórze odczarowanych, niż to widzimy), tylko trochę bezrobotny Oberto się w tym gubi – czy romans z Morganą, po tej kolejce górskiej uczuć, która ich spotkała, dalej jest możliwy?

Alcina wysoko znajduje się na liście moich ulubionych oper barokowych. Zawdzięcza to głównie arii Alciny „Ah, mio cor”, z drugiego aktu, która poniekąd stanowi najlepszą ilustrację wielkości Handla – Alcina, bohaterka negatywna, jakby na to nie spojrzeć, budzi w tej arii prawdziwe współczucie, mimo pragnienia zemsty, mimo zła, które czyni. Będąc czarownicą, okazuje się także dotkniętą w swych uczuciach kobietą, której się współczuje. Ale opera ta nie kończy się na tej jednej arii – Alcina ma całą serie arii wybitnych, a do tego dochodzą jeszcze arie pozostałych bohaterów, bo nikt tu bez perełki do wykonania nie zostaje, z młodocianym Oberto i nauczycielem-statystą Melisso, włącznie.

Do opery pasowało wykonanie. Nie tylko nie przeszkadzał brak scenografii (choć czerwona kanapa, na której przysiadali wykonawcy, była lepsza od niejednej operowej scenografii) – akcja jest w końcu dość umowna, relacje między bohaterami poszczególnego numeru można odegrać (i wykonawcy to robili) i bez kostiumów i scenografii. Wykonawcy zaś zadośćuczynili geniuszowi Handla.

Przegląd wykonawców należy zacząć od Alciny, czyli Ingi Kalny. I tu właściwie jedyna moja wątpliwość w ocenie, zanim złożę laurkę i padnę na kolana przed śpiewaczym geniuszem – Alcyna ma wiele wspaniałych arii i Inga Kalna wspaniale je wykonywała. Mam jednak w pamięci wykonanie Renee Fleming u Williama Christiego. I Fleming była jeszcze lepsza.

Gdyby sądzić „Alcinę” po zarysie libretta, Morgana jest postacią trzecioplanową, trybikiem w dramaturgii dzieła. Jest jednak wymieniana na ‘liście płac’ na drugim miejscu – i słusznie! To druga, największa biorąc pod uwagę arie, rola w tej operze. Mamy tu szeroki przegląd emocji – nadziei, szczęścia, rozczarowania, klęski, jednak w przeciwieństwie do posągowej heroiny – Alciny – choć również sopran, to jakby bardziej dziewczęcy, lekki, nie tak serio. I świetnie wykazała się w tej roli Veronica Cangemi! (U Christiego też było świetnie – Natalie Dessay jest klasą dla siebie, ale Cangemi nie była ani trochę gorsza, będąc inną.)

Ruggiero: Ann Hallenberg i Bradamante: Romina Basso (mezzosoprany) znakomite. Bardziej poruszała mnie Romina Basso. Chociaż, czy „poruszała”? Tu mamy barokowe popisy raczej, niż rozmach tragedii. Popisy, które świetnie brzmią.

Oberto: Oberto: Jolanta Kowalska (sopran – jedyna Polka, nie licząc chóru, w partiach wokalnych) i Oronte: Emiliano Gonzalez Toro (tenor) – znakomici! Jak dla mnie odkrycia, także ról, bo w wykonaniu pod kierunkiem Williama Christiego, do którego się odnoszę, właściwie ograniczam się do Natalie Dessay i Renee Fleming, podczas gdy reszta obsady… no nie rozczarowuje może, ale zapomina się o niej natychmiast po wysłuchaniu. Podobna rzecz dotyczy Melissa – Luki Tittoto (bas), który jednak, jak obdarzony najmniejszą chyba rolą i w wykonaniu Opery Rary, nie zapadł jakoś głęboko w pamięć.

Dyrygował Marc Minkowski, grali Les Musiciens du Louvre-Grenoble (w którym gra coraz więcej Polaków: Maria Papuzińska-Uss, Agnieszka Rychlik, Jerzy Dybal, Tomasz Wesołowski i Krzysztof Stencel…). Do Krakowa przyjechała „Alcina”, realizowana już w wielu miejscach, zwłaszcza w Operze Wiedeńskiej (choć z pierwotnej obsady wokalnej w Wiedniu pozostała jedynie Veronica Cangemi – jednak bez jakiejkolwiek straty dla tej opery, a może nawet z pewnymi zyskami?). Chór – Capella Cracoviensis Vocal Ensemble, przygotował Jan Tomasz Adamus, dodając kolejny polski, pozytywny i udany, choć skromny (chór ma niewiele do śpiewania) akcent.

sobota, 08 października 2011, pak4

Polecane wpisy

  • Krakowskie muzea i Opera Rara

    Kraków, dn. 25 października 2012 r. Muzeum Inżynierii Miejskiej Do Krakowa przyjechałem na koncert. Ale przed koncertem zwiedziliśmy jeszcze Muzeum Inżynierii M

  • Jak to Saksończycy chcą być Włochami (i odwrotnie)

    Kraków, dn. 4 kwietnia 2010 r. Misteria Paschalia – festiwal ze znakomitym programem, tak blisko, na wyciągnięcie niemal ręki (czyli: dojazd bez większych

  • Poranek Chopinowski

    Katowice, dn. 21 lutego 2010 r. Poranek symfoniczny poświęcono przypadającej następnego dnia 200 rocznicy urodzin Fryderyka Chopina, tak by mógł on inaugurować