Blog poświęcony relacjom z wydarzeń mniej lub bardziej kulturalnych. Ot, taki koncertowo-teatralno-muzealno pamiętnik amatora, który lubi w takich miejscach bywać.
Blog > Komentarze do wpisu
Rosyjski koncert NOSPR

Katowice, dn. 15 stycznia 2010 r.

Wbrew sugestiom, które napłynęły po moich niechętnych reakcjach na poprzednim wprowadzeniu do koncertu, znowu wybrałem się go posłuchać. I chyba dobrze, choć także prof. Leon Markiewicz mówił o muzyce bardzo emocjonalnie. Tym razem jednak miało to osobisty charakter. Pierwsze dwa utwory prelegent potraktował skrótowo (i ze streszczeniem Chowańszczyzny chętnie bym popolemizował, bo prof. Markiewicz skupił się właściwie na ostatnim akcie tej opery…), rozwodząc się nad ostatnim – XI Symfonią „Rok 1905” Dymitra Szostakowicza. Nie bez powodów – raz, Symfonia ta wciąż wykorzystuje ‘antycarskie’ pieśni, które śpiewali także Polacy (zresztą dziadek Szostakowicza był zesłańcem na Syberii po powstaniu styczniowym…, a same pieśni śpiewał i prof. Markiewicz na prelekcji), z drugiej strony ojciec (?) prelegenta był uczestnikiem demonstracji 22 stycznia 1905 roku (9 stycznia według kalendarza juliańskiego) i ciosy kozaków stały się dla prof. Markiewicza opowieścią rodzinną. Koncert rozpoczęła jednak nie Symfonia Szostakowicza, a trochę zmarginalizowany przy wprowadzeniu (i przez moje koncertowe sąsiadki, wprost złe, że coś takiego wprowadzono na początek programu) Świt nad rzeką Moskwą – instrumentalne wprowadzenie do pierwszego aktu opery Chowańszczyzna Modesta Musorgskiego (w instrumentacji Dymitra Szostakowicza). Sam Świt… był moim zdaniem bardzo udanym wprowadzeniem do koncertu.

Kolejnym prezentowanym utworem był IV Koncert fortepianowy g-moll op. 40 Sergiusza Rachmaninowa, dzieło powstałe podczas pobytu w Stanach (prawykonane w roku 1927, czyli kilkanaście lat po poprzednim, III Koncercie, później (1941) poprawiane) i chyba spośród Koncertów Rachmaninowa najmniej popularny. (Prof. Leon Markiewicz wręcz twierdził, że nie zna polskiego pianisty wykonującego ten Koncert, choć fakt ten przypisywał także wyzwaniom jakie on stawia przed wykonawcami). Tym razem wykonywała go rosyjska pianistka Olga Kern. (Przypadkiem wyszukałem informację, że Olga Kern, rocznik 1975, pochodzi z rodziny spokrewnionej z… Piotrem Czajkowskim oraz Sergiuszem Rachmaninowem.) Pianistka bardzo sprawna, choć spotykałem się z opiniami, że tej sprawności technicznej nie odpowiada odkrywanie przed słuchaczami treści utworu. I przyznaję, że trochę tak odbierałem ten IV Koncert – znakomite, wirtuozowskie Allegro vivace (zarówno początkowe, jak i końcowe), ale marzycielskie Largo już zimne.

Olga Kern jednak publiczności bardzo się podobała, wywołała więc ją do dwóch bisów – najpierw jeden z utworów Sergiusza Rachmaninowa, później Lot Trzmiela Nikołaja Rimskiego-Korsakowa w wersji fortepianowej Sergiusza Rachmaninowa.

Koncert, po przerwie, kończyła XI Symfonia Rok 1905 Dymitra Szostakowicza, o której tak szeroko opowiadał prof. Leon Markiewicz. Jest to symfonia programowa, bardzo tradycyjna, jeśli chodzi o środki wyrazu i formę, bardzo przy tym jednoznacznie ponura (a przecież tak wiele utworów Dymitra Szostakowicza ukazuje jego specyficzne poczucie humoru). W pierwszej części – Plac pałacowy. Adagio – „nic się nie dzieje” (by zacytować prof. Markiewicza) – ponura atmosfera, z wyczekiwaniem na zmiany. Część druga – 9 stycznia. Allegro – należy do najefektowniejszych, zwłaszcza, gdy orkiestra ukazuje kozaków atakujących zebranych. Muzykę cechuje furia, pęd – owszem, to nie cechy jakoś wyjątkowe, ale wyjątkowo udatnie tu oddane. Część trzecia to Wieczna pamięć. Adagio – powracają nastroje części I, wzbogacone o pamięć o ofiarach (z pieśnią o charakterze żałobnym, przytoczoną przez Szostakowicza). Wszystko kończy Dzwon alarmowy. Allegro non troppo, w którym prof. Leon Markiewicz widział wezwanie do walki. Tak, ale wezwanie specyficzne, kontynuujące żal nad ofiarami.

Na marginesie tej Symfonii – zadziwiała mnie instrumentacja – smyczki, wzbogacone o cztery harfy, potrafiły brzmieć przerażająco zimno, styczniowo wręcz. Gdy jesienią przesłuchiwałem symfonie Szostakowicza, XI, spokojnie wieczorem przesłuchana podobała mi się swą perfekcją. Gdy jednak kilka dni przed koncertem próbowałem ją sobie pospiesznie przypomnieć, odpychała mnie ponurym wyrazem. Przy całej swojej prostocie wymaga ona uwagi, „Szostakowiczowi nie spieszy się” (że znowu zacytuję prof. Markiewicza), ale ten wolno płynący czas wydaje się cechą konstrukcyjną tego dzieła. Trzeba mu się dać ponieść.

Brawa były bardzo obfite, a dyrygenta – Michała Klauzę – oklaskiwała chętnie także orkiestra. Rzeczywiście, o ile na początku koncertu (w pierwszych taktach Świtu nad Moskwą) miałem pretensję o nierówną, niepewną grę orkiestry, o tyle z minuty na minutę było lepiej, a XI Symfonia zabrzmiała pełnią swojego piękna.

sobota, 16 stycznia 2010, pak4

Polecane wpisy

  • Koncert żałobny

    Katowice, dn. 16 kwietnia 2010 r. To miał być inny koncert. Miał być, ale katastrofa w Smoleńsku i żałoba narodowa były ważniejsze od planów. Że śląskie podejśc

  • Jak to Saksończycy chcą być Włochami (i odwrotnie)

    Kraków, dn. 4 kwietnia 2010 r. Misteria Paschalia – festiwal ze znakomitym programem, tak blisko, na wyciągnięcie niemal ręki (czyli: dojazd bez większych

  • Poranek Chopinowski

    Katowice, dn. 21 lutego 2010 r. Poranek symfoniczny poświęcono przypadającej następnego dnia 200 rocznicy urodzin Fryderyka Chopina, tak by mógł on inaugurować