|
Blog > Komentarze do wpisu
Trzy w jednym, czyli dzień w Warszawie (2)
W drugiej części wpisu: obiad tajski, oraz koncert w Wilanowie.
c.d. Tajski obiad Z Łazienek udaliśmy się (już w zlotowym składzie) na ulicę Hożą, do „Dżonki” (Hang Zhou) na tajski obiad i zieloną herbatę. Tajski o dziwo okazał się dość delikatny (można było wybrać wersję pikantną, ale nie był to wariant obowiązkowy); a chińskie ciasteczka z wróżbą, o dziwo, okazały się nie tylko pochodzić z Lublina, ale także być Chinach zupełnie nie znane. (Choć czy wróżby nie wywodzą się z wróżenia z patyczków krwawnika według I Ching?) Koncert pieśni angielskiej Finałem dnia w Warszawie (i dla mnie zlotu) był wyjazd do Wilanowa na koncert pieśni angielskiej (w ramach 4. Festiwalu Pieśni Europejskiej). Warto to ‘angielskiej’ ukonkretyzować – otóż koncert prezentował muzykę z XVII wieku, a dwojgu śpiewaków – Annie Karasińskiej (sopran) i Krzysztofowi Szmytowi (tenor), oraz rodzinnemu zespołowi Canor Anticus w składzie; Marcin Zalewski (viole da gamba sopranowa i tenorowa, lutnia, kierownictwo muzyczne), Piotr Zalewski (viole da gamba altowa i basowa), Paweł Zalewski (viola da gamba basowa).
Koncert obejmował naprzemiennie utwory instrumentalne (bądź na cały zespół, bądź solowe: Suitę Matthew Locke’a, Taunder nanken Henryka VIII, Prelude Williama Younga, A Pollish ayre Tobiasa Hume’a, Hornpipe z Wells Humour i Fantazja trzygłosowa Henry Purcella, Suite in a Johna Hingestona), oraz pieśni i fragmenty oper – w tym takie słynne utwory jak Come again: sweet love doth invite, Away with these self-loving lads, Now, o now, I need must part, oraz Stay time Johna Dowlanda; Music for a While Henry Purcella (bez wątpienia najsłynniejsza pieśń angielska tego okresu). Wszystko kończyły dwa fragmenty dzieł Henry Purcella – Lament Dydony z „Dido and Aeneas” (za każdym razem dreszcze przechodzą mi po plecach, gdy Dydona śpiewa „When I am laid in earth”, choć przecież tyle razy „Dydonę i Eneasza” słyszałem), oraz dialog „You say ‘tis Love” z „Króla Artura”. Zresztą, o ile Lament Dydony mnie fascynuje, to przyznaję, że gdyby nie „You say ‘tis Love” sam koncert mógłby być zbyt jednolity jeśli chodzi o atmosferę – pełen był on muzyki pięknej, bezpretensjonalnej, ale melancholijnej (choć wyjątkiem było także Hornpipe z Wells Humour Purcella). Z innych względów na uwagę zasługiwał kanon Under this stone lies Gabriel John Henry Purcella – rozpoczęła go Anna Karasińska, ale śpiewał także Krzysztof Szmyt oraz… Marcin (i zapewne) Paweł Zalewscy. Śpiewali może nie na poziomie solistów, ale przecież całkiem dobrze – życzyłbym każdemu by tak potrafił. Po koncercie, oraz podziwianiu plakatów zgromadzonych w Oranżerii Pałacu w Wilanowie („Mother Earth ma nas w dupie”, że zacytuję hasło z jednego z nich) udaliśmy się na spacer po Wilanowie – prace archeologiczne (oraz niedokończony remont) ograniczają możliwość poruszania się po parku. Ale i tak widzieliśmy „Gay”… Tak, też pomyśleliśmy (niezależnie od siebie i spontanicznie), a przecież chodzi jedynie o gaj, ale pisany ze staropolska („Gay poświęcony od przyjaciół pamięci Stanisława i Ignacego Potockich”), oraz Chłopca z łabędziem – dokładnie takiego jak stoi w Chorzowie przed Kościołem pw. św. Antoniego… (W Chorzowie rzeźbił go chorzowianin, albo raczej urodzony w Królewskiej Hucie Theodor Erdmann Kalide…) Po spacerze w niepewnej pogodzie, wśród ‘poczarnobylskich hub” pozostał już tylko powrót do centrum Warszawy. PS. niedziela, 22 czerwca 2008, pak4
Komentarze
2008/07/11 19:09:28
No ladnie. To klops, to znaczy, ze musze jednak dotrzec do tego przekladu, a myslalam, ze uda sie jakos latwiej, wirtualnie, bez rewersow, itp.
Ale tlumaczenie bardzo piekne, gratulacje :-) |
|
KF