|
Blog > Komentarze do wpisu
Trzy w jednym, czyli dzień w Warszawie (1)
Do Warszawy wybrałem się na zlot dyskutantów z bloga Doroty Szwarcman, w ramach którego wysłuchałem koncertu pieśni angielskiej w Oranżerii Pałacu w Wilanowie (oraz zjadłem tajski obiad), a poza którym to zlotem zwiedziłem dwie stałe wystawy w Muzeum Narodowym -- starożytności i Galerię Faras.
Pierwsza część obejmuje wizytę w Muzeum Narodowym. (Podział nastąpił ze względu na ograniczenia serwisu.) Trzy w jednym, albo wizyta w Warszawie
Warszawa, dn. 21 czerwca 2008 r.
Muzeum Narodowe: starożytności Wizytę w Warszawie rozpocząłem od własnych zaległości. Dojazd do Warszawy jest na tyle czaso- i pieniądzochłonny, że raczej unikam wypadów turystycznych w tym kierunku. A już na pewno nie wybieram się bez konkretnego celu. I tak zostały mi dwie stałe wystawy w Muzeum Narodowym , których nie zwiedziłem, bo gdy już w Warszawie byłem dość miałem innych wrażeń… Te wystawy to ekspozycja sztuki starożytnej i Galeria „Faras”. W obu jednak, skoro do Muzeum wkroczyłem trochę ‘przy okazji’, zwiedzałem absolutnie odprężony, wolno chodząc od eksponatu do eksponatu, czasem wytężając bardziej wzrok i obiektyw aparatu. (Tu ważna uwaga: obecnie wolno fotografować, byle bez lampy błyskowej.)
Wzrok i obiektyw wytężałem nawet dość często – a to zadziwiła mnie pozycja Afrodyty/Wenus w sztuce starożytnej, bo przy całym wysławianiu ‘miłości’ nie mamy niczego podobnego (a może się mylę, może nie doceniam popkultury i przeróżnych gwiazdek mediów?). Zadziwił mnie erotyzm niektórych dzieł (Amor i Psyche, ale nie tylko, bo także bardzo popularny motyw odsłoniętej jednej piersi w rzeźbach, nie tylko Izydy – motyw, który łączę raczej z „Wolnością wiodącą lud na barykady” Delacroix niż ze starożytnością) – choć tu zapewne znowu, gdy odwołać się do popkultury… Zresztą w Galerii Malarstwa Polskiego, wśród sztuki XIX wieku można znaleźć sporo nagości. U ‘akademików’ zwłaszcza. Kolejne zdziwienia związane były z pewną swobodą artystów (i rzemieślników, o ile można tu przeprowadzić jakieś rozróżnienie) starożytnych. Oraz współczesnych muzealników. Bo jak, jeśli nie mianem ‘swobody’ czyjegoś podejścia, określić umieszczenie numeru depozytu na udzie rzeźby, tuż pod pośladkami? A jak nazwać baranka, na którym opiera się Dionizos? Albo Anubisa, który wyglądał jakby wyszedł spod dłuta starożytnego Picassa? Albo międzygatunkowe krzyżówki (to całkiem zrozumiałe, że zainspirowały Dänikena…) w sztuce egipskiej. Wśród zadziwień od strony funkcjonalnej zaskoczyła mnie z kolei „siatka mumiowa” – po co to i na co? (Przynajmniej wiedziałem po co były uszebti, których w Muzeum Narodowym jest sporo.) Oczywiście nie wszystko było zaskoczeniem – taki trumienny portret młodzieńca z Fajum, był tyleż efektowny, co przeze mnie wyczekiwany. Ale zaskoczeniem była siatka na mumię, czy ‘łyżeczka kosmetyczna w kształcie pływaczki’ (Egipt, IX-VII w. p.n.e.).
Na wystawie spotykałem też „znajomych” z ostatnio czytanego „Ja, Klaudiusza” – nie tylko Jowisza Kapitolińskiego, ale także Agrypinnę Młodszą i Juliusza Cezara (wnuka Augusta). Ale największym zaskoczeniem estetycznym była dla mnie siła oddziaływania płaskorzeźb asyryjskich. Niby się je zna i z łatwością rozpoznaje, ale ich siła (rzeźba grecko-rzymska i egipska to zupełnie inny duch), wyrazistość, są niezwykłe. Muzeum Narodowe: Faras Kolejną wystawą, najbardziej przeze mnie wyczekiwaną, była galeria prezentująca malowidła (raczej al secco niż al fresco) z Katedry w Faras, uzupełniona czasowo (ale na długi okres czasu), przez ilustracje prac polskich archeologów w Starej Dongoli, także w Sudanie, przy tamtejszym kompleksie. Malowidła z Faras są bardzo charakterystyczne i nie ma potrzeby opisywania ich dużych oczu. Zresztą, na wystawę wybrałem się zupełnie odprężony, bardziej niż poszczególnym malowidłom (często zachowanym fragmentarycznie, co nie zawsze im szkodziło, czasem wprost przeciwnie – walka malowidła z czasem robiła wielkie wrażenie) oddawałem się atmosferze – choć w sobotę wstęp był darmowy, co przyniosło Muzeum nalot turystów, to Galeria Faras była przez nich zwykle omijana. Dodatkowe ścianki, tworzące swoisty labirynt, a służące za nośniki dla zdjęć i opisów prac w Starej Dongoli, sprawiały, że cała wystawa stawała się bardzo kameralna. Wśród ciszy, dawnych malowideł, bieli i czerni (malowidła zwykle mają jasne tła, są jednak wmontowane w ciemne ścianki), wędrowałem jakby poza czasem. Na uwagę zasługuje aranżacja wnętrza – podziwiałem jak przeniesiono malowidła, które nie zawsze znajdowały się na płaskich ścianach – odtwarzano więc łuki i zagłębienia. Same malowidła przenoszono pokrywając najpierw ich powierzchnię woskiem i papierem. Dopiero tak przygotowane nadawały się do ‘odłupania’. Wystawę uzupełniał film, łączący pracę archeologa z literaturą, a konkretnie lekturą „W poszukiwaniu straconego czasu” – trafiłem jednak na końcówkę projekcji i zamiast wysłuchać go od początku udałem się na piętro, by szybko obfotografować ulubione obrazy na wystawie Malarstwa Polskiego. Muzeum Narodowe: Malarstwo Polskie Wystawę Malarstwa Polskiego zwiedzałem parę razy, ale zawsze zostawiałem (zgodnie z przepisami Muzeum…) aparat w szatni. Zastosowawszy się do przepisów stanowiłem więc wyjątek – pozostawał mi notatnik (o ile go miałem) lub pamięć, gubiąca się jednak wśród tak wielu dzieł.
Tym razem sytuacja była odwrotna – na zwiedzanie nie miałem czasu, na fotografowanie owszem. Pobiegłem więc najpierw do „Dirce chrześcijańskiej” Siemiradzkiego – co prawda uczucia wobec tego obrazu mam mieszane, ale pięknie się go ogląda (niestety, aparat źle wykonał balans bieli…), a potem do „Przeszłości grzesznika” Franciszka Żmurko – z jednej strony obrazu, który stanowi straszny przykład akademizmu, a z drugiej strony sprawiającego mi estetyczną satysfakcję kilku dziewiętnastowiecznymi aktami (odpowiednio wyeksponowanymi). Podobnie rzecz ma się „Z rozkazu padyszacha”, tu jednak sama uroda obrazu broni go nawet przed treścią… A „Kobietę z wachlarzem” Żmurki lubię już zupełnie bez dwuznaczności.
Ale na sąsiednich salach było już lepiej. Po drodze mijałem „Przeprawę przez rzekę” Alfreda Wierusza Kowalskiego, „Portret młodej kobiety z różą” Alicji Bilińskiej-Bohdanowicz i już były „Kuropatwy” Chełmońskiego, które mnie zachwyciły – na białym, śnieżnym tle wycinają się ptaki (na wrażenia kolorystyczne nakłada się także sama faktura obrazu), a obok „Powrót z polowania na niedźwiedzia” Fałata, również śnieżne.
‘Odkrycia’ dotyczyły mniej znanych obrazów, bo że znane są wybitne, to pamiętałem i bez wizyty w Muzeum. Odkrywałem więc „Skubiące len” Dębickiego, czy „Dziewczynę z dzbanem” Kędzierskiego – oba pełne światła i barwy, jak z najlepszych obrazów Wyczółkowskiego; zaś „Allegro” Malczewskiego przypominało o zlocie. Wracałem więc odwiedzając jeszcze tak przeze mnie lubiany „Dziwny ogród’ Mehoffera (którego nigdy nie ceniłem na reprodukcjach), czy tegoż „Słońce majowe”; na dłużej przystanąłem przy „W altanie” Aleksandra Gierymskiego (dla światła, altany, ale także dla Heleny Modrzejewskiej, choć w przeciwieństwie do Alli, nigdy nie przyszłoby mi do głowy określi jej jako polskiego ideału kobiecego piękna, nie przez jej urodę zresztą, ale przez nadmierną historyczność postaci). Stamtąd blisko już było do wyjścia – zachwyciłem się jeszcze tylko „Polowaniem cesarskim” Fałata (którego nie pamiętałem z poprzednich wizyt) i opuściłem Muzeum, z żalem w sercu, że jeszcze tyle, tyle dzieł pozostało bez swoich zdjęć…
Z Muzeum Narodowego udałem się niemal prosto do Łazienek. Niemal, bo jeszcze przy Muzeum Wojska Polskiego przystanąłem przy Migu-29, by go obfotografować. A potem już Rozbrat (właściwie to Park im. Marszałka Rydza-Śmigłego), Myśliwiecka i Łazienki, gdzie dość pospiesznie przeszedłem obok Pałacu Na Wodzie, Amfiteatru (gdzie jakąś starożytną postać odgrywano, ale tylko fragment dramatu), podziwiając pawie, wrony (stanowiły dla mnie zaskakująco dużą atrakcję, skoro z Górnego Śląska wron nie znam…), gołębie (w tym grzywacze) i… myszy. A właściwie jedną, małą myszkę, która się odważyła wyjść na drogę. c.d.n. niedziela, 22 czerwca 2008, pak4
Komentarze
www_museo_pl
2009/02/21 12:48:29
Ciekawie napisane. Strona polecana przez serwis www.museo.pl
|
|